2011-02-05

RELACJA: ACCEPT, STEELWING – „Blood Of The Nations Tour 2011” Stodoła, Warsaw, Poland

GALERIA



Accept – Reaktywacja

Drugi raz miałam okazję zobaczyć prawdziwą metalową klasę na scenie. Po rewelacyjnym występie Accept na zeszłorocznym Masters of Rock Czechach, człowiek teoretycznie wie czego się spodziewać i zbieranie szczęki z podłogi nie powinno mieć miejsca... a jednak. Ale od początku...

Sobotni wieczór, warszawska Stodoła, standardowe kolejki do wejścia i nieśpieszne zbieranie się publiczności wewnątrz klubu. Kilka znanych twarzy – znanych z polskiej sceny metalowej – no w końcu Polskę po latach odwiedza legenda.
Około godziny 20 na scenie pojawia się suport - Steelwing. Podróż w czasie rozpoczęta, stroje a’la lata osiemdziesiąte, sporo energii, ciekawy wokalnie Riley i zaledwie 5 kawałków zapodanych przez Szwedów tym szybkie i zasługujące na uwagę „The Illusion”, „Headhunter” oraz „Roadkill (or be Killed)”. Nie wiem czy zwiększoną żywiołowość muzyków w wygibasach przypisać większej przestrzeni scenicznej czy może podpatrywaniu dania głównego zza sceny – ale widać, że europejska trasa służy Rileyowi i ekipie,  zarówno rozwojowo jak i promocyjnie – pod sceną stało kilku już wyraźnie zdeklarowanych fanów oznakowanych steelwingowymi koszulkami.

Accept na scenę nie śpieszył się specjalnie, mimo skandowania i tupania. Nawet zawodzenie popularnego z dawniejszych, niż historia metalu czasów, kawałka marszowego ‘Heidi Heido Heida’ będącego jednocześnie intro kawałka „Fast As a Shark” słabo skutkowały. Zespół co najwyżej przekonał się, że polska publika ma spory dystans do wywołującej tyle kontrowersji swego czasu ludowej przyśpiewki i traktuje to raczej humorystycznie. Jeszcze chwila... ciemna scena i wreszcie!

W roli „dzień dobry” „Teutonic Terror” – czyli zaczynamy on świeżynek. Ciężki kawałek z  najnowszego wydawnictwa „Blood Of The Nations” świetnie zagrany zjednał sobie publikę błyskawicznie, podobnie jak kolejna nówka „Bucket Full Of Hate”. Następnie duży krok wstecz do 1981 roku i „Breakera”, z którego w setliście znalazły się „Starlight”, tytułowy „Breaker”, „Son Of a Bitch” oraz „Burning”. W czasie koncertu zaledwie 4 nowe utwory z najnowszego albumu przeplatały się 5 wydawnictwami z przestrzeni lat 81-86. Oprócz tytułowego „Restless and Wild” pojawiły się „Neon Lights” oraz “Princess O The Dawn”, kolejny przypomniany album to “Balls To The Wall” z „Love Child” i „Losers And Winners”. Z “Russian Roulette” był “Monsterman”oraz “Aiming High”. Apogeum szaleństwa publiczności przypadło oczywiście na “Metal Heart” gdzie niejeden poczuł uścisk w gardle w trakcie intro utworu. Hoffmann zaledwie połowicznie zagrał solo „Dla Elizy” pozwalając je wielkodusznie wyśpiewać publice i tak już głośno ryczącej, wyżył się jednak katując swojego Jacksona Flyinga przy „Neon Nights”. Nie zabrakło pojedynków gitarowych Hoffamnna i Baltesa prowokujących tego ostatniego do bębnienia po strunach, a Wolfa do wyjątkowo ekspresyjnej mimiki. Nie obyło się bez bisów: „Fast As a Shark”, „Pandemic” i Balls To The Wall”.  Dwugodzinny set płynnie i dynamicznie odegrany, 20 kawałków, jeden po drugim całkowicie absorbujących publikę, bez zbędnej paplaniny, za to z energią podanych prosto do uszu.

Tornillo - amerykańska cześć zamienna w niemieckiej maszynie metalowej wspaniale sprawdza się wokalnie. Rozbiegane oczka schowane pod daszkiem nieodłącznej czapki, świetny kontakt z publiką, powalająca mimika i wsteczna gimnastyka kręgosłupa, wyginająca niewielkiej postury wokalistę w chińskie „u” przy wyższych partiach robi sympatyczne wrażenie. Udo... no właśnie, Udo nie ma,  za to Mark – dla niektórych zabrzmi to jak herezja – jest i to równie dobry, jeśli nie lepszy.

Ekipa czuje się dobrze ze sobą na scenie, są w stałym kontakcie, nikt nie wychodzi przed orkiestrę. Hoffmann, Baltes, Frank na równi z Tornillo przykuwają  uwagę publiczności, jedynie Schwarzmann schowany z potężnym zestawem perkusyjnym, poza pałkerskimi popisami jest nieco w cieniu. Widać, że powrót na scenę cieszy nie tylko fanów, szczery wyszczerz całego zespołu widać przez większość koncertu, świetna zabawa na scenie przekłada się na publikę. Trzepanie włosami – u niektórych tylko wirtualnymi, chóralne zdzieranie gardeł, machanie łapami czyli wszystko to co być powinno na porządnym koncercie. Nikt tu nie chował się w cieniu – i to nie dlatego, że cienia na scenie specjalnie nie było, po czym najlepiej widać profesjonalizm oświetleniowca z Teksasu. Widoczność na początku nieco zaburzali fotografowie kiedy szczelnie przyklejeni do sceny łapali kadry na 4 pierwszych kawałkach. Accept wie doskonale, że sprzedaje się również wizerunek, a że prezencji panów muzyków nic nie można zarzucić, widać kompleksów - i słusznie - nie mają - kapela pozwoliła na fotografowanie wszystkim i wszędzie. Dla niektórych słuchaczy te kilka fotek sceny ma wartość sentymentalną równie wielką jak kostki szczodrze rzucane przez gitarzystów.

Patrząc na wiekowy przekrój publiki – starzy fani nie zawiedli. Broń Boże, żebym miała komu metrykę wypominać, biorąc pod uwagę to co na scenie pokazali członkowie Accept – panowie w kwiecie wieku. Czytając gdzieś nagłówki w tonacji „Dinozaury heavy metalu – Accept” ma się ogromną ochotę niezbyt błyskotliwie ripostować: „Twoja stara dinozaur”, absolutnie genialny show, energia zmiata pierwsze rzędy, uczta dla ucha i dla oka, a że staż sceniczny bardziej zaawansowany? I bardzo dobrze! W końcu młodsi muszą z czegoś czerpać przykłady.
 Wspominając słowa klasyków (kwestia autora cytatu jest niezwykle sporna) „Pisać o muzyce to jak tańczyć o architekturze” – opisać koncertu Accept nie da się, to trzeba usłyszeć i zobaczyć na żywo.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza