2017-08-20

Muszla Fest XV - Bydgoszcz, 2017 - Post Scriptum



Słów kilka i zdjęć parę...
Tegoroczna okrągła XV edycja Muszla Fest wydała mi się najsympatyczniejszą zaliczoną dotychczas. Opinia może niezbyt wymierna biorąc pod uwagę fakt, że osobiście zaliczyłam niecałą połowę wszystkich „Muszli”. Przykładowo, kiedy zeszłoroczną imprezę efektownie zamykał Vader, ja byłam na drugim końcu Polski i zamiast wgapiać się zadymioną tradycyjnie „wiaderową” scenę teoretycznie zawierającą Petera z ekipą, podziwiałam widoki gdzie indziej. Mam za to na koncie edycje odbywające się w pierwotnej lokalizacji w parku Witosa.

Pogrubienia w tekście otwierają poszczególne galerie.

Nie wiem co na ten wyjątkowo miły nastrój wpłynęło w tym roku najbardziej. Może kompaktowy teren festiwalu, lekko ściśnięty i zdecydowanie bardziej przytulny, może niemal rodzinna atmosfera, a może zwyczajnie fakt, że byłam niejako u siebie, mając wokół mnóstwo znajomych twarzy. Wersja – jedna scena, przerwy w koncertach na zmianę dekoracji też na korzyść, bo pomiędzy koncertami trzeba koniecznie pogadać, spokojnie trzepnąć piwo i pożywić się czasem. Hasło „Bo wolność jest w nas” zdecydowanie poprawia samopoczucie, kilka fajnych deklaracji rzucanych ze sceny i człowiek naprawdę czuje się dobrze. Bo jeżeli ktoś jeszcze nie zauważył Muszla Fest jest dla publiki wymagającej muzycznie, intelektualnie i światopoglądowo. 

Nie zabrakło dobrych inicjatyw: namiot Amnesty International w którym można było poprzeć wybraną sprawę podpisem, kolejny z rejestracją dawców szpiku oraz pozytywna akcja „Pudełko Lilki” zbierającej na żarełko dla czworonożnych futrowatych sprzedażą muzycznych gadżetów. Dodajmy do tego ciekawy zestaw kapel, których teksty często mobilizują do myślenia i przesłanie Muszli „Dobre miejsce dla: tolerancji, różnorodności, szacunku, otwartości, zrozumienia”, czyli towaru ostatnio mocno deficytowego.

Piątkowa aura była iście piekielna, słońce smażyło solidnie, publika zbierała się dość ospale, w końcu dla niektórych był to normalny dzień pracy. Festiwal otworzył bydgoski THE SHITSTORMS – czyli Three-man shitshow, który urzekł mnie deklaracją na fb profilu: „Nie lubimy: czarno-białych zdjęć z koncertów” – no ja tez nie. Chłopaki obok zajebiaszczej stylówy podali bardzo przyjemne dźwięki i to w warunkach cokolwiek trudnych, biorąc pod uwagę mikrą frekwencję trafiającą rutynowo w otwieracze. Moja  być zadowolona.

Kolejno miała być Harusha, ale dojazd się wydłużył ekipie, więc spóźnialskim uprzejmość wyświadczyła reaktywowana rok temu wrocławska PRAWDA serwując solidny punk rock z mocnym wokalem Melona. Energia ściągnęła trochę luda na front barierek, większość jednak nadal leniwie polegiwała na trawce, albo chowała się przed słoneczkiem w cieniu parasolek. Kolejny punk rockowy punkt programu to Harusia, HARUSHA znaczy, która pobudziła publiczność do żywszych reakcji i nieśmiałego jeszcze sprawdzania wytrzymałości barierek. Band świeżynka, bo powstał w zeszłym roku zaledwie, ale już członkowie to dobrze znana ekipa Zbigniew „Ozi” Szmatłoch i Dominik „Harry” Pyrzyna. Fajny klimat i świetnie podane dźwięki. Nieobecnym polecam album „HARUSHA – Tysiąc lat”, tematyka utworów i różnorodny klimat mogą zaskoczyć.

Kolejny jest NONE i ostrzejsze granie, szczególnie od czasu kiedy mikrofon przejął Pachu. Tu już deptanie podscenicznej trawki było solidniejsze i entuzjazm publiki zdecydowanie efektywniejszy. Baletowo imprezę podkręcił jeszcze skład świętujący w tym roku swoje 30-lecie: GA-GA ZIELONE ŻABKI, były wreszcie radosne młyneczki i kicanki. Nieco po dwudziestej pierwszej, na terenie festiwalowym zagęściło się wydatnie, dotarli ci, którzy dzielnie tego dnia pracowali i trafili prosto na występ rewelacyjnego RISK IT- przedstawicieli niemieckiej sceny hardcore.

Kolejno publikę przejął CONFLICT punkowa załoga z Londynu z trzydziestosześcioletnim stażem. Publikę niewątpliwie urzekł ekspresyjny Colin Jerwood sympatycznym i szczerym wylewem serdeczności minimalnie wzmocnionych procentami. Było tulenie pierwszych rzędów. Ekipa obok anarchistycznych i antywojennych tekstów, aktywnie wspiera też obronę praw zwierząt, za co mają u mnie plus. Bydgoski CHAINSAW zamykał piątkowe granie, rozgrzewając nieco publikę w wieczornym chłodku i brzmieniowo i pirotechnicznie.

Sobotnie granie rozpoczynał UNBEATEN, sympatyczny skład wielokrotnie przeze mnie widziany, świetna Eliza, nie mniej rewelacyjna reszta ekipy i mój i tak mizerny obiektywizm właśnie poszedł sobie gdzie indziej, więc na tym zakończę. Za to polecam do posłuchania. Na świecki LOWTIDE mam urodzaj w tym roku. Mimo wczesnej jeszcze pory pod sceną trochę ludków sprawdzających wytrzymałość barierek.

Niesamowity koncert dała #ElBanda. Najpierw usunięty został segment barierek oddzielających scenę od publiki, symbolicznie, bo Anna Zajdel vel Czeremcha za podziałami nie przepada i słusznie. Podobnie jak nie przepada za uciszaniem słabszych, nietolerancją i wreszcie za demolką puszczy. Sprzeciw i bezsilność przekute na bunt, na sztukę, na krzyk i na teksty El Bandy. Niesamowity popis Zajdel, który jednych zbulwersował, drugich zaskoczył, a innym dał siłę i głos. Występ, który z całego festiwalu został najdłużej w mojej pamięci.

Kolejno nieco delikatniej uwagę publiki zajął ULICZNYOPRYSZEK z dubeltowymi wokalami i z przesłaniem „Na zawsze punk”, później SCHIZMA czyli bydgoska klasyka z ogromnym doświadczeniem i mnóstwem zdeklarowanych fanów pod sceną. Z punkowych klimatów festiwalowanie wybił kompletnie KATz Romanem Kostrzewskim, który do sobotniego zestawu atrakcji gatunkowo pasował jak kwiatek do kożucha, za to mi - metaluchowi idealnie.

Przynajmniej fani IGNITE mieli czas żeby zebrać siły przed baletem jaki zdewastował do reszty zieleninę pod sceną. Ignite ostatnio odwiedzili Bydgoszcz w 2012 roku, przed wydaniem najnowszego krążka „ A War Against You” grając w Estrada Stage Bar i równie skutecznie miotali muszlową publiką, co estradową te kilka lat wcześniej. Zabawa była doskonała, setlista przekrojowa, energia reanimowała tych 'zmęczonych' procentami, dźwięk zmiatał pierwsze rzędy i wszyscy się ładnie bawili. IGNITE zdecydowanie gwiazda festiwalu, tym trudniejsze zadanie miał kolejny band wobec nadwyrężonych poważnie sił publiki. 

Krakowski CF98 ze świetnym wokalem Karoliny zaserwował nieco dźwięków ze świeżutkiego albumu „Story Makers”, a festiwal dla mnie zakończył się na wesołych tańcach grupowych przy dźwiękach podawanych przez ekipę LENIWCA.

Teraz wychwalać zamierzam paszę dla festiwalowiczów, czyli strefę gastronomiczną dzięki której zostałam fanką „RebelToast”, tosty pycha. Pierwszy polski fest na którym radośnie i smacznie się obżarłam. Do wyboru były też ognista i nie tylko pizza, burgery, kebab. Uzupełnianie płynów obok bezalkoholowych napojów, zapewniało „piwo” o woltażu 3,5%, zgodnie z ustawą o imprezach masowych i całkowicie niezgodnie z życzeniami publiki. W tym wypadku niestety strona ustawowa ma pierwszeństwo.

Dodatkowego docenienia wymaga również ekipa Happy Light, która nie dość, że pięknie podziałała światłem na scenie, to jeszcze dzielnie ogarniała dźwięk, żeby w możliwie najlepszej jakości trafiał do uszu publiczności, nie męcząc zbędnymi decybelami. Świecenie marki Happy Light wyczuciem i solidnością roboty niezmiennie „makes me happy”.

Docenienia wymaga solidna organizacja, świetna atmosfera i ogrom pracy włożonej w przygotowanie jedynego w swoim rodzaju festiwalu. Ci którzy postanowili sierpniowy weekend spędzić w Myślęcinku niewątpliwie nie żałują, zaliczyli wyjątkową imprezę muzycznie promującą od piętnastu lat Bydgoszcz przy okazji, co miasto mam nadzieję docenia choć trochę.


Docenić wypada również ZDMiKP, które stanęło na wysokości zadania odwożące dodatkowymi busami imprezujących do łóżeczek.

























































Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza