Słów kilka o festiwalu
Niemcy mają Wacken, Francja ma Hellfest, my mamy Mystic Festiwal w Gdańsku. I nie, nie przesadzam.Lineup z najwyższej metalowej półki, pięć scen festiwalowych, publika zjeżdżająca z całej Europy i nie tylko. Tak, Mystic Festiwal jest największym polskim festiwalem serwującym ambitne dźwięki spoza mainstreamu dostosowanego dla muzycznie niewymagających.
Jedyne co może się zmienić na plus to ilość uczestniczącej publiczności i błyskawiczne wyprzedawanie biletów i to prawdopodobnie już w następnej edycji razem z lokalizacją.
Cokolwiek w tekście jest podkreślone - otwiera galerie zdjęć po kliknięciu
Tegoroczna edycja była o tyle wyjątkowa, że odbywała się po raz ostatni w klimatycznych i przytulnych okolicznościach przyrody jakie oferuje teren Stoczni Gdańskiej, z całą historią, infrastrukturą, klubem B90, Drizzly Grizzly i Halą W4, przyjemnym cieniem drzew oraz unikatową industrialną dekoracją w postaci żurawi górujących na scenami festiwalowymi. O ile teren stoczni zapewniał unikatowy klimat i warunki, to dość szybko został wyprzedany ograniczając ilość człowieków do 15 tysięcy.
Początki Mystic Festival to 1999 rok i Hala Wisły w Krakowie z norweską grupą Emperor w roli headlinera. Później festiwal wędrował przez Kraków, Katowice, Wrocław, Chorzów, po dziesięciu latach letargu zmartwychwstał w 2018 roku, z sukcesem przeszedł krakowskie edycje 2018 i 2019 żeby trafić w pandemię, zamrożenie w latach 2020-2021 i wreszcie wyprowadzkę na ostatnie pięć lat do Gdańska. Festiwal zaprzyjaźnił się ze stocznią, publika zachwyciła się miejscówką i tym mroczniej się w metalowych serduszkach robiło na myśl, że to ostatni taki Mystic. Piszę o tym, dlatego że przy każdych przenosinach festiwalu - że użyję eufemizmu - sceptycy przeprowadzek wylewali swoje "żale" donośnie i szeroko, a jednak Stocznia Cesarska dała radę, więc może poczekać grzecznie i nie wydawać sądów przedwcześnie?
Kiedyś w domach niekoniecznie spokojnej starości, lekko przygłucha metalowa geriatria będzie się licytować hasłem „a na ostatnim stoczniowm Mysticu byłeś”?
Mój pierwszy kontakt z Mysticem to była dwudniowa, odbywająca się na
3 scenach edycja z 2019 roku na Tauron Arena Kraków - edycja sadystycznie forsująca termicznie całe 20 tysięcy uczestników wydarzenia. Wylewnie doceniona przez publikę została wtedy hala Taurona, przyjemnie chłodna, z toaletami porcelanowymi i miejscami siedzącymi, oferując komfort łagodzący upiorne upały towarzyszące koncertom na dwóch plenerowych scenach. Zestaw gwiazd był imponujący, a publika wykorzystywała zawzięcie każdą najmniejszą plamkę cienia i błyskawicznie opróżniała stoiska oferujące wszystko co płynne i chłodzące.
Przez pięć ostatnich lat ciekawiło mnie bardzo jak organizatorzy - Mystic Coalition (czyli Knock Out Productions, Mystic Production, B90) zdołali na terenie stoczni, którą wydaje mi się znam dość dobrze, rozplanować tyle scen jednocześnie, nie powodując drastycznych pieszych korków komunikacyjnych i wreszcie wiem. Jak? Sprytnie. I logicznie.
Teren samej stoczni stał się bliski mojemu serduszku w roku 2013 roku, kiedy późną jesienią w klubie B90 wystąpił po raz pierwszy Behemoth w towarzystwie Obscure Sphinx i Thaw w ramach trasy „Czarna polska jesień”. Wtedy klub o powierzchni 1600 metrów kwadratowych mieścił 1500 sztuk człowieków, znajdował się dość dzikim terenie, gdzie wykopy i wądoły pogrążone w ciemności serwowały mało przyjemne atrakcje jak rozwalenie glana prętem zbrojeniowym. Jeżeli taksiarze nie wiedzą jak gdzieś trafić znaczy się jest źle.
Wtedy spacerek po postoczniowych terenach wieczorową porą pozbawiony był walorów widokowych, jednakże walory jakieś były. Towarzyskie. Pierwsi nawinęli się Rosjanie z Kaliningradu, potem dołączyła do nas całkiem liczna reprezentacja Szwedów i tak sobie wędrowaliśmy razem szukając B90 klnąc cokolwiek międzynarodowo. To były czasy kiedy nawet najbardziej zawzięta krucjata różańcowa zabłądziłaby w pielgrzymce mającej robić reklamę ekipie Nergala.
Brak chodników, latarni, GPSa w telefonie złożyły się na ponad godzinną wędrówkę po wykopaliskach stoczniowych i kiedy już człowiek czuł się niczym Hobbit walący z buta na Mordor oczom naszym ukazał się…
BEHEMOTH Monster Truck, drogowskaz wystawiony przez B90 przywitany z dzikim entuzjazmem „cywilizacja!”.
Mam nadzieję, że ten opis unaocznił nieco jak bardzo okolice stoczni się zmieniły, jak lekko, łatwo i przyjemnie obecnie spaceruje się do B90 i nikt po koncercie nie rzuca się na maskę przejeżdżającej taksówki z okrzykiem „panie, zabierz pan nas stąd na dworzec!”. Przyjezdni zawsze mają przerąbane.
Prace na terenie stoczni, budowa muzeum solidarności czy ulicy Jerzego Popiełuszki trwały jeszcze kilka lat, więc zawsze była ta doza niepewności którędy na kolejny koncert w B90 dojdziemy, a którędy i czy w ogóle wyjdziemy. Bo to, że jeździć do B90 będziemy to było jasne.
Był to pierwszy tak doskonale zorganizowany klub - projektowany stricte pod koncerty. Dziś Drizzly Grizzly - kiedyś druga mała scena i palarnia z wymuszoną wentylacją na wypasie z siedzeniami kolejowymi, które dziś zdobią salę koncertową. Zero kolejek do baru - karty doładowywane na wejściu uprzejmie skracały czas zakupu piwa, nikt nie spędzał w kolejce do toalety połowy koncertu jak to w innych klubach bywa, bo ten przybytek był na wypasie, obszerny i czyściutki. Aktualnie po dobudowaniu antresoli klub może pochwalić się kubaturą mieszczącą 2 000 ludzi.
Dodajmy do tego doskonałą produkcję dźwiękową i oświetleniową od samego początku istnienia B90 - o tym co i jak świeciło na scenę można było poematy pisać i serio - imponująca całość wywalała z kapci przeciętnego koncertowicza, a mnie osobiście jako osobę uczepioną patologicznie aparatu fotograficznego produkcja wizualna unosiła nad ziemią. Dobrze, że podsufitkę dla akustycznego wytłumienia hali, (której pogłos przed adaptacją wynosił ponad siedem sekund) wyłożono materacami - bo niewątpliwie na fali zachwytu pierdalnęłabym czerepem w sufit. Potem sie ciut skiepściło i piękne świecienie na scenę (nie w mordki publiki i zadki muzyków) występuje jeżeli band zwiezie swojego magika.
W 2013 roku B90 skasowało warunkami konkurencję w pozostałej części Polski w przedbiegach. Również ilość i różnorodność koncertujących tam kapel prezentowały się imponująco, nie było miesiąca żeby nie odwiedzić klubu, bo regularnie ściągali gwiazdy metalowej sceny, a w 2015 odbył dwudniowy festiwal na dwóch klubowych scenach Dockmetal z zajebistym lineupem: Death To All, Overkill, Massacre, Sanctuary, Loudblast, Abysmal Down, Suborned, Methedras.
Tyle w kwestii wspomnień… Wspominam to wszystko głównie dla siebie - żeby złagodzić sobie zmianę miejsca festiwalu. Tak, po pierwszym i jedynym razie cholernie polubiłam Stoczniowy Mystic. Szybko poszło co? Zmiany nie muszą być złe, wszystko się zmienia, szybko przyzwyczajamy się do dobrego - oceniać będziemy za rok.
Około piętnaście tysięcy metalowych dusz i par uszu głodnych porządnego grania zjechało tłumnie do Gdańska - miasta będącego niekwestionowaną stolicą szeroko pojętego metalu w pierwszych dniach czerwca już piąty rok z rzędu.
Festiwal już się nawędrował po Polsce szczęśliwie lądując finalnie nad morzem, bo ta część kraju nie jest tak dopieszczana koncertowo jak Kraków czy Warszawa. Przy okazji żabi skok przez Bałtyk mają fani z Norwegii, Szwecji czy Finlandii. Publiczność festiwalu jest bardzo międzynarodowa - od Skandynawii, przez oczywistych sąsiadów jak Niemcy, czy wschodnią flankę, po mniej oczywiste jak Estonia, Litwa, Islandia, Anglia, Szkocja, Irlandia, Francja a nawet Brazylia. I piszę tu tylko o nacjach, które osobiście udało mi się wyłowić z tłumu.
Rozpiętość wiekowa publiki bardzo szeroka. Od metalowej geriatrii, której pióra nobliwa siwizna szronem pokrywa zaczynając, na wybitnie małoletnich bąbelkach kończąc. Kajtków noszonych jeszcze na rękach było sporo, rodzice w myśl zasady „czym skorupka za młodu…” i tak dalej, indoktrynację tfu! edukację muzyczną zaczęli bardzo wcześnie. Przy czym dzieciarnia na festiwalu metalowym, zwykle jest bezpieczniejsza niż na losowej zakrystii.
Spora część festiwalowiczów przyjazd do Gdańska połączyła z urlopem, bo zaczęli koncertowanie od niedzielnego Sabatonu na Ergo Arenie, po czym płynnie przeszli na tereny Stoczni hałasującej przyjemnie od środy do soboty.
Miasto Gdańsk zdroworozsądkowo powinno wspierać festiwal wszelkimi możliwymi sposobami - żeby nie wywędrował gdzieś dalej - nie wypuszcza się kury tak pięknie turystycznie znoszącej złote jaja i przypływ gotówki. Obłożenie hoteli, restauracji, zwiedzanie atrakcji - festiwal podbija pięknie popularność miastu i to w okresie kiedy fala urlopowa jeszcze nie wystartowała w pełni. Z drugiej strony festiwal również zyskuje na Gdańsku i bazie noclegowej, bo też o ile przyjemniej spędza się czas na evencie nie będącym pośrodku pola na wydupcejewie często zamienianego w bagnisko (Wacken) czy pośrodku dokładnie niczego (Hellfest w Clisson).
Po przekroczeniu festiwalowej okazałej bramy pierwsze co się rzucało w oczy to naprawdę długie kolejki do stoisk z merchem festiwalowym. Wybór wzorów spory, torby, worki i odzież wszelka, zapobiegliwi uwzględniali popularność i szybkie wyparowywanie konkretnych rozmiarówek. Szczęśliwie organizator przewidział nalot na sklep festiwalowy i nie ograniczył się do jednego punktu sprzedaży.
Warm up day w porównaniu do pozostałych 3 dni jest nieco mniej intensywny i pozwala leniwie pozwiedzać teren, posiedzieć nieśpiesznie przy piwku, pogadać ze znajomymi, którzy zjeżdżają z całego kraju. Czterodniowa formuła festiwalu pozwala się wreszcie poczuć jak na tych największych imprezach europejskich, ba - myślę że i 5 dniowa opcja byłaby zadowalająca i to przy nawet mniejszej liczbie scen. Fajnie byłoby gdyby jednak tą 4-dniową wersję utrzymać. To akurat tyle ile trzeba, że zapomnieć o rzeczywistości i się tą radosną niepamięcią nacieszyć - festiwali nie powinno robić się „na akord”.
Na czas festiwalu zamknięto ulicę Narzędziowców stanowiącą oś główną festiwalu. Pięć scen, w tym trzy duże pod chmurką rozłożone równomiernie po obu stronach ciągu głónego nie kolidowały dźwiękowo. O ile dojście do najmniejszej sceny Void mogło nastręczać nieco kłopotów - bo mimo rozmiarów prezentujące się tam składy zbierały publikę liczniejszą niż teren pozwalał, to już dostępność sceny Sabbath Stage w B90 większych problemów nie stanowiło.
Sala Drizzly Grizzly pięknie posłużyła jako miejsce spotkań z artystami oraz pokazów filmów w ramach VHS Hell. Na Mystic Talks w sobotę pojawił się Silenoz, współzałożyciel i gitarzysta Dimmu Borgir w rozmowie Łukaszem Dunajem. Michał Choiński rozmawiał z Anneke van Giersbergen i Jarek Szubrycht prowadził dyskusję najbardziej interesującą wiernych fanów Mystica - Przyszłość Mystic Festival.
HALA W4 poza walorami relaksacyjnymi, wygodnymi kanapami i wyżerką zbierała tłumy chętnych do bardzo bezpośrednich spotkań z zespołami, gdzie kolejne kapele cierpliwie i uprzejmie podpisywały souveniry, zbijały piątki i pozowały do fotek. Lista formacji, które zdecydowały się na spotkania jest imponująca: Allt, Avralize, Black Tusk, Caskets, Ciśnienie, Coroner, Corrosion Of Conformity, Der Weg einer Freiheit, Djerv, Dow, Escuela, Evergrey, Frog Leap, Gatecreeper, Harakiri for the sky, Hostia, letlive, Martyrdöd, Monkey3, Rotting Christ, Septicflesh , Shining, Tides From Nebula , vianova, Wønder, Yoth Iria. Jedynie Marduk trafił na problemy z lotem i nie dość że zespół był zmuszony odwołać spotkanie, to i koncert rozpoczęli z niejakim opóźnieniem.
Kolejne atrakcje to Strefa Stowarzyszenia Autorów ZAiKS - warsztaty wokalne z Mateuszem Sibilą z Extreme Vocal, dla pałkerów z kolei udostępniono zestaw z wyzwaniem podwójnej stopy, na dwóch centralach.
Spotkania z gwiazdami oferowało również stoisko ESP Guitars, które poza prezentowaniem gitar zaprosiło do siebie Nergala, Petera Tägtgrena (PAIN, Hypocrisy) czy Billa Kellihera z Mastodon. Miło bardzo ze strony ESP Guitars Polska, że zorganizowali konkurs w którym można było wygrać sygnowany model LTD Royal Shiva, a którego nowy posiadacz ogłoszony tuż przed koncertem Mastodon na scenie głównej, zapewne wskutek niekontrolowanej ekscytacji zaprezentował szczęśliwy uśmiech, tyle że pionowy i zlokalizowany tam gdzie „plecy kończą swą szlachetną nazwę”. Był to drugi zadek prezentowany tego dnia po bladym szwedzkim tyłku Tagtrena na Park Stage.
Ogromny plus i szacuneczek wielki za wykazanie zaufania względem publiczności - chyba pierwszy raz zdarzyło mi się w Polsce właśnie na Mysticu, że delektujący się piwkiem w eleganckich festiwalowych kubeczkach nie byli trzymani w zagrodzie, z zakazem wolnego przemieszczania się w bezpośrednim sąsiedztwie scen. Lepiej, bo na placach pod plenerowymi scenami równomiernie rozstawiono budy serwujące napoje, przez co nie tworzyły się przydługie kolejki, a każdy mógł na bieżąco uzupełniać płyny w miarę szybko i bez tracenia czasu na wędrówki po terenie.
Żeby duch komfortowo mógł chłonąć dźwięki, konieczne jest zadbanie o ciało tego ducha noszące. Przyziemne uwarunkowania festiwalowe potwierdziły, że pełen komfort i wygoda fanów leżą organizatorowi na sercu. Dwie strefy toaletowe, z czego jedna to estetyczna kolorystycznie różowo - zielona imponującej długości „szajs aleja” w pobliżu głównej sceny i to aleja niebywale czysta i miła w użytkowaniu. Dodatkowo pełen luksus zapewniały toalety w B90 - Sabbath Stage, które i tak cieszyły się największą popularnością, bo rozgrzany plastik i wnętrze toika za cholerę nie nastraja fizjologicznie.
W zdrowej i praktycznej odległości od przybytków bogini Venus Cloacina znajdowały się strefy gastronomiczne z ogromną różnorodnością kulinariów.
Obok dobrze już znanej w metalowym światku anatomicznie ekstremalnej wyżerki festiwalowej "Kuchni dla odważnych" Walentego Kani, opcji do zapychania przewodu pokarmowego tudzież delektowania się subtelnością smaków było zatrzęsienie. Pamiętano o tych co cenią sobie bardziej naturalne dźwięki wydawane przez zwierzątka aniżeli skwierczenie i też ożywioną część przyrody wolą oglądać w innym anturażu niż zastawa stołowa. Wszelkie diety przy okazji festiwali mają wolne, chociaż dieta poselska przykładowo - bardzo by mnie interesowała.
Dla mnie strefa gastro miała również niekwestionowanego headlinera. Osobiście, z pełnym przekonaniem i aktualnie cieknącą na klawiaturę ślinką na samo wspomnienie, dziękuję za Węgierską FaBryczkę na Mysticu. Za rączkę, tudzież kubki smakowe do kulinarnego nieba co wieczór prowadziły mnie przez cztery dni pochłonięte z niebywałą przyjemnością langosze tradycyjne - niezmiennie trafiające w nostalgiczne gusta i tych co po czeskich festiwalach się wozili. Podziękowała najuprzejmiej!
Stoiska gdzie sprawnie można było się pozbyć nadmiaru gotówki były również, od naszywek, przez odzież, płyty, wlepki czy inne duperelstwa - na książkach kończąc było sporo. Przykładowo rozkosznie rószoffy Sabaton zdecydiwanie powinien być w merchu zespołu.
Na terenie festiwalu widać było rodziców z dziećmi w ochronnikach słuchu, dla nich organizatorzy przygotowali Kids Zone - przestrzeń przeznaczoną dla bombli od 4 do 12 lat, gdzie pod opieką animatorów kajtki mogły odpocząć od festiwalowego zgiełku i aktywnie spędzić czas, a rodzice nawet na 2 godziny mogli odpocząć od kajtków. Wreszcie mamy wielopokoleniowe rodzinne wycieczki festiwalowe w Polsce, coś co naście lat temu obserwowałam z niejaką zazdrością na czeskich festach.
W strefie Chill Out Zone, której główną funkcją było nakarmienie głodnych, odzianie nagich, napojenie spragnionych, zaopiekowanie małoletnich, dodatkowo zadbano o rozbawienie ponurych. Profesjonalny wrestling od PpW - cała atrakcja niezależnie od profesjonalizmu walory prezentowała raczej komiczne.
Ogromny plus za szatnię i skrytki dostępne dla publiczności - ogromne udogodnienie dla tych co zamiast taszczyć festiwalowe zakupy przy sobie, pilnować kolekcji wzbogaconej o autografy zdobyte na festiwalowym signnig session - mogą wszystko bezpiecznie upchnąć i beztrosko kicać pod sceną bez zbędnego bagażu.
Kolejna atrakcja okołofestiwalowa - tym razem rozrywkowo dalece wątpliwa - to modły pod festiwalem w wykonaniu dość specyficznych psychofanów Nergala, którzy spory zapierdol mieli w czerwcowy weekend, bo jeszcze musieli obstawić sobotni Trójmiejski Marsz Równości.
Ekipa różańcowa jest dla festiwalu metalowego jak legitymizacja i nobilitacja w jednym - jeżeli festiwal został omodlony - wiesz, że jesteś na imprezie z górnej półki. Temu towarzystwu nie poświęciłam ani jednego klapnięcia migawką - obrażona jestem nadal, bo kiedy Behemoth woził się po Polsce z Polish Satanist Tour 2014 - tylko w jednym mieście nie krucjatowali, niwecząc moje ambitne plany reporterskie. W Toruniu. OdNowa okrążona została trzy razy dla pewności dookoła i żodyn nie przyszedł, żodyn!
Jeszcze jeden aspekt wymaga wspomnienia. FORT - czyli dziesiątki ludzi pilnujących bezpieczeństwa i nas bawiących się. Ekipa która dbała profesjonalnie o to, żeby z Gdańska przywieźć wyłącznie dobre wspomnienia zamiast kontuzji oraz nowe znajomości zawarte na festiwalu, a nie na SORZe. Ochrona pracująca bezpośrednio pod sceną w trakcie tych 4 dni koncertów, w mniej lub bardziej łaskawych warunkach pogodowych przerzuciła dosłownie tony metalowej gawiedzi, niesionej dźwiękami prosto w czułe objęcia amortyzujące anatomię pływaków przed zderzeniem z nieubłaganą grawitacją i betonem.
No i sceny… tu wypas na pełnej… ekhm damie której cnota zawiera pewien element komercji. Park Stage i Main Stage wielkie, z zajebistą produkcją wizualną, oświetleniem , idealnie pod ogromne backdropy zespołów, czy ekrany z wizualizacjami stanowiącymi tło, telebimy pokazujące scenę i muzyków tym co się zasłuchiwali w dźwięki na tyłach. Main Stage miało nawet udogodnienia dla tych, którym dźwięki lepiej wchodzą z tyłkiem wygodnie posadzonym na trybunie - co też cieszyło wszystkich wzrostu siedzącego psa - z boku ale jednak widać ładnie scenę i zerkającego zza niej zielonego Żurawia M3, który po sześćdziesiątce zaczął na festiwalach metalowych bywać.
Park Stage obok zacienienia i otoczenia zielenią miało jeszcze jedną przypisaną atrakcję - dym. Dymy, smogi, chmury i mgły snujące się z różnym natężeniem właziły i muzykom i publice aż do duszy, muzycy znikali całkowicie z pola widzenia. Z uwzględnieniem kurzu wzniecanego w zabawach grupoowych ludzie mieli peeling zatok, inhalację i wędzenie jednocześnie. Najgorzej mieli jednak myzycy, bo nijak nie mogli zwiać z pola zadymienia, a dym ewidentnie miał własny ambitny plan przejęcia wydarzenia i został gwiazdą wieczoru z bezczelną, duszącą konsekwencją.
Desert Stage również z mega wyposażeniem, na ciut mniejsze koncerty - trzeba pamiętać, że wybór scen i bandów na nich prezentujących się, to nie tylko kwestia organizatorów. Zespoły jak najbardziej mają tu coś do powiedzenia.
Sabbath Stage - czyli B90 częściowo ogołocone z lamp na rzecz Void stage skakało wizualnie dość chaotycznie, aczkolwiek wyposażenie niezbędne do zajebistego świecenia było doskonałe - najlepiej udowodnił to świetlik Belphegora, Pan Marek, dla którego ukłony niskie i podziękowania przesyłam, a który wreszcie wykorzystał w 100% tego czym Sabbath Stage / B90 rutynowo dysponuje oświetleniowo w imię Kandeli, Luksa i Kelwina neutralnego, Lumen!
O ile jestem w stanie zrozumieć wizję, stylistykę zespołu i mroki panujące na scenie wymagane chociażby wizualizacjami w tle, to ni cholery nie rozumiem zaciemniania kapel, które na innych festach w pełnym świetle grają, a nie mając swojego świetlika polegają na lokalnej ekipie obsługi sceny. Zbędna całkowicie tenebryzacja koncertowa.
I czasami ta lokalna ekipa pierdalnie fronty na 5% mocy, tak żeby za wiele nie było widać i w efekcie kapele wrzucają jasne i efektowne foty z innych festów, zamiast popromować Mystic na mapie metalowych europejskich imprez - zapychając swoje social media zajebistymi obrazkami właśnie z Polski. Tu smuteczek niejaki… bo Unleashed, Carach Angren, Noctem, Fulci czy Severe Torture na fotkach z innych imprez byli zadziwiająco jasno widoczni.
Na wyjściu terenu festiwalu rześko hałasował bus, tfu! statek kosmiczny Poor Kids' Sweets z gitarzystą na dachu i pałkerem wewnątrz - ten sam, który więdnięcie uszu powodował w niedzielę po Sabatonach na parkingu Ergo Areny. Echo niosło się przeokrutnie po okolicy. Mimo zmęczenia - człowiek jakby szybciej przebierał kopytkami, uchodząc z pola rażenia dźwiękiem. Ciekawostka namiętnie filmowana telefonami, a i wsparta grosikiem może się pojawić i na każdym innym wyjściu z festu - w całej Polsce. Cóż, obcy grożą inwazją.
Poniżej wrzucam galerie festiwalowe - chronologicznie - moim tropem lawirowania czasowego pomiędzy scenami.
Oczywista, że żal zadek ściska o kilka niezaliczonych pozycji, ale średnia 54 na 92 sztuk koncertów chyba jest nienajgorsza, bo ogarnięte jest 60%. Dziękuję za ten piękny urlop od przygniatającej człowieka rzeczywistości i monotonnej codzienności.
Kilka pozycji przepadło bo nijak nie szło się do sceny dopchać jak na A.A. Wiliams gdzie frekwencja byłą imponująca, Marduk się ku zmartwieniu mojemu spóźnił wydatnie, Ghaals Wyrd w mrokach schował… i póki co nadal wyrzucam sobie, że można było więcej, o trzy czy pięć występów, ale czasami człowiek musi być tylko człowiekiem i to mimo najlepszych chęci - zmęczonym - ale tylko fizycznie.
Teren stoczni oferował wygodę niezależnie od pogody - miejscówka dbała o ludzi bardzo. Cień drzew na terenie w razie upałów, zadaszone sale chroniące przez piekącym słoneczkiem jak i wodą lejącą się z nieba znacząco podnosiły walory lokalizacji. Magiczne, historyczne, industrialne miejsce będzie trudne do zastąpienia klimatycznie - coś jak Gorzelnia Jelinek dla największego czeskiego festu Masters of Rock, teren zabytkowej, XVIII-wiecznej Twierdzy Josefov dla Brutal Assault.
Stocznia punktowała przede wszystkim logistycznie - bliskie centrum miasta, obszerna baza noclegowa pod nosem, skomunikowanie - wszystko to pracowało na sukces Mystic Festivalu przez ostatnie 5 lat i twardą bazę fanów festiwalu, wiernie kupujących wejściówki w ciemno.
W nowej lokalizacji na barki organizatora spadnie stawianie obszernych namiotów żeby zrekompensować braki dachów i cienia. Organizator planuje budowę nowego miejsca festiwalowego o nazwie „Metalopolis”, pozostaje mieć nadzieję, że adaptacja lokalizacji uprzyjemni festiwalowanie w surowych okolicznościach przyrody.
Okolice Plus Arena Gdańsk - wcześniej Energa Gdańsk wypaliły się w mojej pamięci żywym ogniem w 2017 roku, podczas koncertu Guns’n’ Roses, kiedy to człowiek zrozumiał jak się randomowy schabowy na patelni czuje. Pozostaje obserwować władze miejskie Gdańska czy w komunikacji wesprą festiwal i festiwalowiczów czyli turystów.
Podsumowując - skoro z taką uwagą Mystic Coalition dba o komfort i bezpieczeństwo uczestników festiwalu - można przewidzieć, że w nowej miejscówce międzynarodowa ekipa fanów szeroko pojętego metalu będzie równie uprzejmie zaopiekowana, szczególnie mając praktyczny ogląd jak Mystic Coalition rewelacyjnie przygotowywał festiwal przez 5 lat w dość trudnym terenie - można być spokojnym.
Z racji że z samego ekhm… wstępu do relacji zrobiło się 12 stron - osobny wpis dedykuję samym koncertom. Licząc że jak ja przez festiwal - może ktoś da radę chociaż przez te solidne 60% tekstu przebrnąć.
Serdecznie dziękuję organizatorom za wyróżnienie i ogromny przywilej uczestniczenia fotograficznie w tej ostatniej w swoim rodzaju edycji.
Za rewelacyjne koncerty, świetną atmosferę i cztery dni gdzie fizyczny zapierdol łączył się dla mnie miło z psychicznym relaksem dzięki ogromne.
Dziękuję za sympatyczną atmosferę w fosie, bezkolizyjną współpracę, rozmowy podczas strojenia perkusji - z jednoczesnym ćwiczeniem strun ekhm... głosowych, solidarne moknięcie i prażenie w słoneczku.
Dzięki wielkie za przytulny namiot gdzie człowiek bezpiecznie mógł sprzęt schomikować odciążając siebie i odcinek L5-S1 kręgosłopa, który wdzięczność wyraża najgłębszą w tym względzie, przy okazji żołądek dziękuje za langosze, a nerki za bezkolejkowe nawadnianie i odwadnianie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz