Teraz zabieram tych wytrwałych, którzy czytali część pierwszą na wędrówkę po mysticowych scenach. Pozycji zaliczonych 54 na 92 sztuk koncertów, około 60% chociaż chciałoby się więcej.
Uprzedzam, że z racji namiętnego uprawiania sprintu fotograficznego nie podejmę się komentowania technicznych niuansów brzmień, dźwięków, wykonań, nagłośnienia. Byłoby to cokolwiek nieuczciwe względem tych, którzy dysponując słuchem absolutnym z przejęciem każdą jedną nutę rozebrali szczegółowo na półnuty, analizując do ćwierćnut sposób nagłośnienia w każdej możliwej odległości od sceny. Natomiast przyznaję sobie pewne kompetencje do komentowania produkcji wizualnej, oświetlenia i operowania nim w imię Kandeli, Luksa i Kelwina neutralnego, Lumen!
Moja uwaga skupiała się też na energii - tej pomiędzy publiką a sceną, muzykami a słuchaczami i interakcjami, które nienachalnie i sympatycznie prowadzone potrafią wygrać cały koncert - mimo niedociągnięć brzmieniowych i robią z tego sztukę życia. Taki jeden pyskaty niemożliwie Dee Snider stwierdził, że jeżeli podczas koncertu w imię dynamiki i dobrej zabawy, coś tam nie zabrzmi idealnie „SO BE IT!” - i jestem zwolennikiem tej prawdy objawionej.
Zestaw festiwalowych atrakcji bardzo eklektyczny - urozmaicenie obejmowało gatunki, staż sceniczny kapel, przekładając się równie obszerne zróżnicowanie publiczności, w tym pokoleniowe. Ja sobie ten eklektyzm chwalę, byle zestawienie trzymało się pola widzenia gatunkowego metal/rock.
Kolejna rzecz wpływająca niezmiennie na odbiór koncertów to niewątpliwie stopień fascynacji zespołem, nostalgia albo do granic posunięta sympatia - żeby nie pisać fanatyzm, bądź stopień sponiewierania procentami - wiadomo że w pewnym stopniu nieważkości każdy koncert jest najlepszym! (To może zasadniczo tłumaczyć fanów Slayera - bo rzadko który do intro dotrzymuje w trzeźwości).
Dygresja…
PKP nie zawiodło, każda najbanalniejsza podróż kolejami polskimi może być ekstremalnym doświadczeniem - jeżeli tylko się postarają. Cały wagon metaluchów i moja skromna osoba zostaliśmy potraktowani przez IC, temperaturą którą inkwizycja zwykła traktować czarownice. Tym sposobem na peron w Gdańsku wylała się podgotowana i ociekająca potem fala aluminium czy też rtęci o znikomej chęci do życia, niby metal wg Mendelejewa ale twardości wątpliwej - metalami pozostając w nomenklaturze.
Klik w czasówkę otwiera galerie poszczególnych zespołów:
GALERIE FESTIWALOWE CHRONOLOGICZNIE:
03.06.2026 Warmup Day Mystic Festival 2026
1. 17:30 FRONTSIDE Desert Shrine
2. 17:45 DISHARMONIC ORCHESTRA Sabbath Stage
3. 18:30 KUBLAI KHAN TX Park Stage
4. 18:45 NECKBREAKKER The Void
6. 19:45 DAMNATION Sabbath Stage
7. 20:30 SIX FEET UNDER Park Stage
8. 21:30 UNLEASHED Sabbath Stage
9. 22:30 ICE NINE KILLS Park Stage
10. 23:45 KANONENFIEBER Desert Shrine
11. 00:00 PRIEST Sabbath Stage
03.06.2026 ŚRODA -
Warm Up Day Mystic Festival 2026
Jak to miło, że mamy Warm Up Day - (nawet very warm zresztą),
bez większych wyrzutów sumienia można na festiwal dotrzeć ciut później. Potem
wypada obejrzeć teren, mając rewelacyjnego przewodnika, który stoczniowe edycje
zaliczał sumiennie, nabyć festiwalowy kubeczek (projekt autorski praktycznego niegubienia kubeczków) i opić czymś
zimnym nadchodzące dni, łaskawość pogody i wytrzymałość sprzętu foto i można
zwiedzać fosy - aż cztery - zaiste rozkoszny urodzaj - a od czwartku już
ekscytujące pięć. Przy okazji była rzetelna kontrola jakości nawadniania
festiwalowego - piwa bezalkoholowego - wyszło na plus.
Moje środowe atrakcje festiwalowe otworzył FRONTSIDE, miło bardzo, bo ostatni raz
ekipę na żywo widziałam jeszcze z Aumanem jako gardłowym - obecnie wokale
obsługuje Wojciech „Mollie” Moliński. Ekipa wydała w marcu dziesiątą produkcję
studyjną "Nemesis" i chłopaki bardzo rozsądnie ułożyli set na
festiwalowo - bez przeładowania nowościami (sztuk 3) serwując stare, znane,
lubiane, kończąc na debiutanckim wykonaniu na żywo nówki "Sztylet,
brzytwa, hak i sznur" i grając do sporego tłumu w radośnie opromieniającym
całość słoneczku - urozmaicenie, bo zwykle sceny na której Demon czy Daron malowniczo
wywalają jęzory mroki krwawe spowijają i realnie za wiele nie widać.
Kolejny punkt to Park Stage i KUBLAI KHAN TX - kwartet z Teksasu z 5 krążkami studyjnymi w dorobku, zamiast podbijać Chiny jak na prawdziwego Khana przystało, grają metalcore żeby odróżnić się od wnuka Czyngis-chana i mają literki TX żeby odróżnić się od starszych thrashujących ziomków z ojczyzny. Charakterystyczna cecha ekipy na żywo - potężna energia - tu pobudziła do dzikich tańców wzniecających całkiem przyzwoitą ilość kurzu świadczącą o zaangażowaniu publiczności mimo prażącego słoneczka.
Duński NECKBREAKKER na scenie Void szalał równie żywiołowo co na Park Stage, tyle że dźwiękowo to techniczny death z elementami groove metalu i hardcore'u metal zachęcał do podrygów, zbierając liczną publikę.
GRAVE na Mystic? Brzmieli tak szwedzko, że człowiek czuł chłodek mimo czerwca. Riffy cięższe od podatków, za to miny wesolutkie bardzo. Mając przed nosem polską publiczność zaliczaną do wybitnie ekspresyjnych - wiele kapel prezentowało radosne uśmiechy widząc szczery entuzjazm pod sceną. Ekipa w składzie: Ola Lindgren, Tomas Lagrén, Tobias Cristiansson miotała porządnie człowiekami robiąc dosłownie dym na Desert stage.
Na kilku koncertach burze piaskowe wzbijane podczas cieplejszych dni idealnie obrazowały nazwę „desert” i „monster energy”. Publiczność zachwycona, za wstęp posłużyły numery „Into the Grave” i „Day of Mourning”, a potem było „Morbid Way to Die” oraz „Deformed” i już tylko milej. Tobias Cristiansson na ciężką odmianę szaleństwa zapadł, szalejąc dziko po całej scenie co pięknie podłapała publika - miło że po dwóch latach wrócił do składu. Lindgren i Lagrén z racji fachu byli mniej dynamiczni, Ola co najwyżej pocieszną mimiką wyrażał uznanie dla żywiołowości słuchaczy.
DAMNATION Sabbath Stage przejął przed godziną 20, koncert wyczekany przez tych którzy w dzikim optymizmie liczą na wielkie powroty kapel, które kiedyś znikły ze sceny. Ekipa z Sopotu chwalić się może długą acz burzliwą historią, bo istnieją od 1991 roku, ze zniknięciem w roku 2004. Potem reaktywacja na 2013 rok i kolejna już bliżej bo w 2025 i wreszcie koncert na największym polskim festiwalu ku radości fanów solidnego death metalu polskiej proweniencji z lat 90-siątych, a przy okazji ku uciesze fotografów - bo też świecony był bardzo przyjemnie.
SIX FEET UNDER Park Stage czyli legendarni amerykańscy death'n'rollowi weterani od trzech dekad na scenie. Chris Barnes po raz kolejny udowodnił, że growl można wykonywać różnie, bardzo. Zespół grał solidnie, dźwięki mieli na miejscu, ale wokal przypominał tyranozaura z zapaleniem krtani próbującego odczytać regulamin festu - i w sumie to było fajne. Na wstępie „War Is Coming”, dział promocyjny czternastego albumu w dyskografii „Killing for Revenge” z 2024 pominięto, za to były finałowe atrakcje z repertuaru Cannibal Corpse w postaci „Stripped, Raped and Strangled” oraz „Hammer Smashed Face” które bardzo przypadły zgromadzonym pod sceną do uszu, a przez uszy do serduszek. Publika bawiła się świetnie. Niektórych legend słucha się nie tylko z szacunku i sentymentu, ale tez z czystej ciekawości jak wypadną na żywo. Czasami ta ciekawość bywa złośliwa wybitnie w kwestii komentowania dokonań wokalisty i to niesłusznie. Było intensywnie, mocno i szczerze.
UNLEASHED na Sabbath Stage w przytulnej atmosferze dosłownie, bo tyle uszu nalazło, że wszyscy się do siebie przytulali, jednocześnie podnosząc temperaturę. Wesolutki Johnny Hedlund z ekipą pojechali po uszach publiki wojnami, bitwami w death metalowej tonacji, czasem tylko zapytując „warriors” czy aby na pewno miło się bawią. Wojownicy wziąwszy sobie komplementy dotyczące ich waleczności do serca, walczyli i w kicankach grupowych, chociaż głównie walka polegała na pokonaniu zmęczenia spowodowanego temperaturą. Żal okrutny i nieco epitetów poleciało w eter bo do urwy nędzy…. Tfu! ubogiej córy Koryntu - światła poszły sobie gdzieś indziej, mrok paskudny spowijał scenę i więcej lumenów trafiało w zadki muzyków i uchachane buzie publiki - niźli na sam skład frontem. A fu panie świetlik!
Warm Up Day finał miał cokolwiek kabaretowy. Park Stage zamknęło ICE NINE KILLS czyli show wizualnie na wypasie, przegryzanie tętnic, upiornie pląsające panny, żonglerka kończynami - cudzymi gwoli ścisłości, ustrojstwa służące robieniu ała, sporo sztucznej juchy i scenografia pożyczona z rzeźni. Ogólnie działo się tam tak dużo i chaotycznie, że ciut przeszkodziło w słuchaniu ska punk/metalcore i cokolwiek tam jeszcze wybijało ekipie z Bostonu w dźwiękach. Całość wypadła ciekawie, coś jak rolki ze slasherów z wyjątkowo głośną ścieżką dźwiękową, a pan Walenty Kania z Kuchni dla Odważnych, mógł się dogadać z ekipą na barterową reklamę wyrobów.
Kolejny punkt mysticowego kabaretonu to Desert Shrine i KANONENFIEBER, którzy dla odmiany zamiast rozchlapywać malowniczo krew, zionęli ogniem, synchronicznie, metodycznie i precyzyjnie. Jak to Germanie w zwyczaju mają (od Rammsteina po In Extremo) ogień być musi i jeszcze jakieś „kabum” po drodze. Blackened death metal z Bambergu podał własną impresję na temat soundtracka pod film dokumentalny o I wojnie światowej - i serio, nie trzeba słuchać tekstów żeby z samego anturażu wnioskować germańską proweniencję.
Owszem, Bawarczycy temat swojej twórczości traktują
znaczniej poważniej niż Ice Nine Kills, przekaz mają stricte antywojenny i
dlatego też z takim zawzięciem efektowną oprawą sceniczną pracują nad tym żeby w
ogniu efektów specjalnych każdy słuchacz - dosłownie - poczuł się strwożony jak
randomowy szeregowy w okopach na froncie oraz błyskawicznie niechęci głębokiej
i osobistej do wojen wszelakich nabrał.
04.06.2026 Dzień pierwszy Mystic Festival 2026
3. 17:30 TRUCKFIGHTERS Desert Shrine
4. 17:45 BLOODYWOOD Park Stage
6. 19:15 PSYCHONAUT Desert Shrine
7. 19:30 DECAPITATED Park Stage
9. 21:00 CARACH ANGREN Sabbath Stage
21:40 MARDUK : (
10. 21:45 CAVALERA CHAOS Park Stage
11. 22:30 BELPHEGOR Sabbath Stage
13. 00:30 BLOOD INCANTATION Park Stage
04.06.2026 CZWARTEK -
pierwszy dzień Mystic Festival 2026
Kolejny dzień festiwalu - równie słoneczny, bardzo
komplementowany był bardzo przez łaknącą słońca publikę z Wysp, dla mnie
otwarcie nastąpiło na Sabbath Stage przy dźwiękach podawanych przez Noctem black/deathmetalu z Hiszpanii.
Koncert efektownych Holendrów przerwał mi MARDUK który miał przejąć Desert stage.
I czasami jest tak, że jak już się człowiek cieszy, że wreszcie szwedzką ekipę Mortuusa
co to w dyskografii nader gęsto „Fuck Me Jesus” pokrzykuje sfotografuje w
jasności jako takiej - wszystko pierdalnie z hukiem… Chłopaki z Marduka mieli
pewne nieprzyjemności z lotem, sprzęt im nie dojechał, wpadli na fest opóźnieni
na tyle bardzo, że odwołano spotkanie z fanami, pełnym galopkiem od razu
ładowali się na scenę, nadal robiąc próbę dźwięku w czasie kiedy już powinni
majtać piórami pierwszych rzędów.
No i dupa… poleciał człowiek na Park Stage, obejrzeć sobie
odchudzoną wersję Maxa Cavalery z progeniturą i w całym zmęczeniu po dziś dzień
pluje sobie w brodę, że na szwedzkiego babilońskiego boga burz nie wrócił, bo
główną uwagę festiwalowej publiczności ściągnął skutecznie gang Cavalera,
pozostawiając dużo wolnego miejsca pod Desert stage gdzie opóźniony Marduk
finalnie pierdalnął zacną sztukę. Niektóre koncerty kopnięte jeszcze
przypadkami losowymi zazębiały się zbyt mocno, powodując nerwowość słuchaczy i
żale wydatne.
Po północy na Park Stage zainstalował się BLOOD INCANTATION, formacja stawiająca
dźwięk na pierwszym miejscu. Amerykanie należą największych gwiazd
współczesnego death metalu, który w ich wykonaniu ewoluuje czerpiąc z
progresji, krautrocka, ambientu i psychodelii. Na Mystic Festival zaprezentowali
odegrany w całości czwarty w dorobku album studyjny „Absolutely Elsewhere”
wydany w 2024, kończąc monumentalnego seta „Vitrification of Blood” z
pierwszego albumu. Kwartet z Colorado mimo późnych godzin i chłodku
przejmującego panowanie nad stocznią po słonecznym i ciepłym dniu, zebrał pod
sceną tłum zachwyconych słuchaczy. Doskonale podany dźwięk, rozbudowane,
hipnotyczne kompozycje, pełne skupienie muzyków na scenie - a pod sceną tysiące
uważnie zasłuchanych uszu zabranych w dźwiękową podróż w podbijającej klimat
ciemnej nocy.
A teraz powrót na scenę główną, która debiutuje w czwartek,
zapełniając każdorazowo ogromny plac tłumem ludzi. Z boku trybuny dla tych,
którzy lepiej słyszą na siedząco, strefa VIP z podwyższeniem, telebimy, ogromna
przestrzeń i same najjaśniejsze gwiazdy festiwalu. Od czwartku publika neurotycznie
dzieli uwagę na pięć scen, uważnie wybierając kolejne atrakcje.
Może nie ta wielka,
ale cholernie solidna czwórka thrashmetalu Mystic Festivalu: Megadeath, Anthrax,
Overkill i Heathen.
Heathen na scenie w liczbie sztuk 4 (gdzieś im się ten
Edissi w zagubił) wesolutki - nic dziwnego - tłum reagował zajebiście. Backdrop
w tle sceny rozciągnięty do granic przyzwoitości jak plandeka na Żuku, szeroko
uśmiechnięci Lum i Mirza, dostali zwrotnie energią od publiki i ich nosiło,
Anderson za to skupiony na graniu bardzo, widocznie jeszcze musi się ograć z
materiałem.
Ta ekipa nie ma słabych koncertów. Obecnie na scenie czteroosobowy
skład: szczypiorek marynowany w alkoholu Bobby "Blitz" Ellsworth którego
metrykę zdradza jedynie siwizna i zapuszczenie wąsa - kondycyjnie i wokalnie bez
zmian, na basie uchachany szeroko Christian Olde Wolbers (ex-Fear Factory) bo Carlo
„D.D.” Verni, kontynuuje rekonwalescencję po operacji barku, żywiołowy Jeramie
Kling na perkusji i prezentujący szeroki uśmiech Dave Linsk na gitarze.
Verniego póki zastępowali Christian Giesler ex-Kreator i David Ellefson z Megadeth
- miejmy nadzieję, że Verniemu wreszcie się poprawi, bo on i Bobby stanowią
trzon oryginalnego składu z 1980 roku.
Świetnie podany dziki thrash, surowy i szczery w radosnej
warstwie lirycznej traktujący o samych miłych rzeczach jak śmierć, przemoc,
bunt, wojna, korupcja. A tak, jest jeszcze humor. Piękny żywiołowy koncert z
niesamowitą energią lejącą się ze sceny, ze skromnym backdropem w tle - na
Overkill największe sceny nie robią wrażenia, to oni robią wrażenie na scenie
40-letnim stażem chociażby, a Blitz udowadnia, że nie ma sensu być wybitnym
wokalistą - wystarczy trzymać równy poziom przez cztery dekady i nikt się nie
przypierdoli o stetryczenie wokalne.
Że tu będzie ogniście i dynamicznie to oczywista - w
składzie jest Frank Bello - sceniczna dzikość tego gościa zaskakuje. Rano przed
koncertem włóczył się zadowolony po Gdańsku zakupując pokaźną pakę pierogów,
wieczorem z kolei tak dobrze mu specjały polskiej kuchni zrobiły na humorek, że
niemal rozniósł scenę. I tu bardzo widoczny był zachwyt nowojorskiej ekipy nad
żywo kręcącymi się młynami pod sceną - precyzuję: liczba mnoga - jednocześnie.
Może ekscytacja intensywną reakcją publiki spowodowała Scott
Ian wspomniał o swoich polskich korzeniach? To, że bandy często chwalą polskich
fanów to nie kurtuazja i uprzejmość - oni wreszcie widzą jak ich muzyka
rezonuje w tłumie na pełnej… Wągliki na wrzesień zaplanowały sobie premierę
albumu z którego tytułowy „It's for the Kids” znalazł się w setliście. Na finał
wjechały kolejno „Indians”, „Antisocial” i „I Am the Law”. Pięknie Anthrax
zaprezentował się na dopasowanej rozmiarem do ich energii scenie, a i
publiczność wydatnie podniosła dynamikę koncertu.
Taaa wiem, farewell tour, ale ja w 2011 byłam na pierwszym z
serii pożegnalnych koncertów Judas Priest i w radykalne decyzje o zejściu ze
sceny zwyczajnie nie wierzę. Setlista przekrojowo, instrumentalnie perfekcja,
bo w tym bandzie nie ma słabych graczy. Pierdolamento zaczyna się przy wokalu
Dave’a - ale serio, gość swoje odchorował, cieszmy się tym, że jest na scenie.
Po sobie wskoczyła czkawka Metallicą: „Mechanix” i „Ride The Lightning”,
ostatni zbędny, bo bogata dyskografia daje opcję uniknięcia porównania do
wokali Hetfielda. Na scenie Mystic Festiwal miało miejsce wręczenie złotej
płyty za tegoroczny album „Megadeth” przez szefa Mystic Production Michała
Wardzałę. Dubeltowe bisy zapewniły spodziewany „Symphony of Destruction” i „Holy
Wars... The Punishment Due” idealny soundtrack pod szamanie langosza
klasycznego - headlinera sceny gastronomicznej, co w komplecie dało efektowne zamknięcie
drugiego dnia festiwalu na scenie głównej, bo pozostałe sceny jeszcze walczyły.
05.06.2026 Dzień drugi Mystic Festival 2026
1. 17:00 EYEHATEGOD Main Stage
2. 17:30 BLACK TUSK Desert Shrine
4. 18:00 SEVERE TORTURE Sabbath Stage
5. 18:30 CORROSION OF CONFORMITY Main Stage
6. 19:15 BENEDICTION Desert Shrine
7. 19:30 DEATH TO ALL Park Stage
10. 21:15 ROTTING CHRIST Desert Shrine
11. 21:45 ELECTRIC WIZARD Park Stage
12. 23:00 BLACK LABEL SOCIETY Main Stage
13. 00:00 PRIMORDIAL Desert Shrine
14. 00:30 CARPENTER BRUT Park Stage
15. 00:45 EIHWAR Sabbath Stage
05.06.2026
PIĄTEK - dzień drugi Mystic Festival
2026
W czwartek thrash rządził sceną główną, w piątek natomiast
panowanie przejęła scena Nowego Orleanu - wielka rodzina Down uwzględnieniem
familiarnym kuzynostwa z Eyehategod i Corrosion of Conformity, ba dzielili się
nawet sprzętem na scenie. One Missisipi, Two Missisipi, Three Missisipi…
oczywiście o rzece mowa.
Trzy ekipy z Luizjany do Gdańska przywiozły gęstą i wilgotną
atmosferę Nowego Orleanu, miasta którego geografia próbuje popełnić samobójstwo
w bagnie, GPS ma depresję przez huragany, woda decyduje w jakim stanie
skupienia ma chęć wystąpić a fizyka siedzi w kącie i ma kryzys egzystecjalny, miasta
gdzie zmarłych chowa się nad ziemią, ponieważ tutejsza gleba jest zbyt zajęta
byciem błotem, by przyjmować gości i gdzie duchy przodków wpadają na niedzielny
obiad. Przywiezione na Mystic nowoorleańskie bayou pozbawione było całej
romantycznej otoczki wampirów z dylematami moralnymi Louisa i nonszalancją
kulinarną Lestata - jedyne wampiry miały 6 nóg i żarły wszystko na czym zdołały
usiąść.
Zwieźli klimat imprez z bimbrem po którym gadasz z własnym
pradziadkiem i szkieletem w smokingu, gdzie zwykle jazz gra się cholernie głośno w dzikim
optymizmie, że odstraszy aligatory które mają więcej praw obywatelskich niż
turyści i też znacznie lepsze od nich wyczucie rytmu, gdzie dźwięki mieszają
się jak w gumbo czy jambalay’i zrobionych ze wszystkiego co uciekało wolniej
niż kucharz.
Przywlekli nowoorleańską wilgotną aurę, aligatory łaskawie
zostawiając w domu.
Piątkowy Mystic aurą i posępnym nastrojem współgrał z
cięższym, wolniejszym graniem, bowiem bure chmury zasnuły pesymistycznie niebo,
lejąc z większym lub większym zacięciem wodę na festiwalowiczów. Teren mienił
się za to kolorami - wściekłe barwy płaszczyków przeciwdeszczowych przełamały
malowniczo wcześniejszy monochrom tłumu.
Eyehategod lirycznie traktują o takich radosnych rzeczach
jak wściekłość, zło, nienawiść, nihilizm oraz niechęć do świata i ludzi,
wszystko zgodnie z konwencją podane w sludge’owym sosie, za estetykę sceniczną
mając stylizację wpisującą się idealnie w stereotyp swamp people. W składzie na
gitarze gra w Eyehategod perkusista Down Jimmy Bower, również ex-Corrosion of
Conformity, poza nim mamy głos Mike Williamsa, Gary Madera na basie i za
perkusją Aarona Hilla który przejął pałeczki po śmierci Joeya LaCaze w 2013.
Gary zresztą ładnie wyjaśnia zagubionych stylistycznie
naklejką na basie „This is LA, not L.A.”, jakby ktokolwiek widząc sceniczną
elegancję chłopaków miał pomylić Luizjanę z Los Angeles. Na scenie bez
fajerwerków, raczej stateczni, zmęczeni życiem panowie oglądający się na siebie
nawzajem, jedynie Mike serdecznie pozdrawiał środkowym palcem coś co akurat mu
na myśl przyszło, bo nie wiadomo czy wkurzała go mokra pogoda, czy nieco
oklapnięta deszczem publika.
Kolejno scenę główną przejęła dalsza część rodziny CORROSION OF CONFORMITY z kuzynami
Pepperem Keenanem na gitarze i wokalu, ewentualnie gitarze w Down, oraz Bobbym
Landgraffem ex-Down. Wszak rodzina zgodnie z nowoorleańską tradycją jest
najważniejsza. Tu faktycznie mamy gatunkowe gumbo (tradycyjna zupka z Luizjany
- nie literówka) z połączenia stoner, southern i sludge metalu. Ekipa w
kwietniu wypuściła jedenastą mocną bardzo pozycję w dyskografii studyjnej - dwupłytowy
„Good God / Baad Man” zbierający entuzjastyczne recenzje za unikalne połączenie
południowego groove'u, ciężkich riffów oraz psychodelicznego acid rocka. Dwa
krążki różniące się od siebie energią, nad którymi pracowali Woody i Pepper w
luźnej przyjacielskiej atmosferze. Rozpoczęli seta od "Asleep on the
Killing Floor" i nieco później z działu promocyjnego zagrali „Gimme Some
Moore” kończąc numerami z 1994 roku "Albatross" i "Clean My
Wounds". Ponad cztery dekady na scenie i ewolucji od hardcore punk do
aktualnego brzmienia, gdzie charakter dźwięków o subtelności walca drogowego
opiera się na ciężarze, wolnym tempie z nieśpieszną domieszką bluesa.
Finał trwającego godzinę i 15 minut koncertu kolejno przy dźwiękach „Stone the Crow”, „Eyes of the South” i „Bury Me in Smoke” grane do spółki z kuzynami z poprzedzających składów i przekazywaniem instrumentów w trakcie - jedna wielka Downowa rodzina znad Missisipi.
Z „Over The Under”
dźwiękowo nic, za to była reprezentacja „Over The Under PUB” z Bydgoszczy - i
zespół i klub: tak tylko piszę, gdyby jakaś kapela zastanawiała się gdzie w Bydgoszczy
odbywają się koncerty. No co? Lokalny patriotyzm.
Ciężko uwierzyć, że urodziwe blond dziewczę z tapirowaną
koafiurą, towarzyszące na scenie panu Osbourne’owi w kolorowych latach
osiemdziesiątych stanie się idolem brodatych twardzieli dosiadających ryczących
maszyn. Tak się jednak stało, i choć nadal blond i w spódniczce, to już brodaty
i przynajmniej tak twardy jak niegdyś używki Ozzy’ego - Zakk obecnie na scenie
pojawia się w nimbie guru gitarowych onanistów, pożeraczy ciężkich riffów,
bóstwa fanatyków zgrupowanych w oddziałach na wzór formacji klubów
motocyklowych gdzie za Mother Chapter robi sam band i wreszcie idola
pospolitych w tym zestawieniu, zwykłych zjadaczy heavy metalu. Co prawda
Johnnie Walker Black Label nie jest już głównym trunkiem Zakka, który
postanowił nieco zadbać o zdrowie, jednak na zmianę nazwy na Water Society
raczej się nie zanosi.
Imponująca scenografia sceny, trzypoziomowa ściana
wzmacniaczy Marshalla ze szczerbą na perkusję, ogromny backdrop w tle i podest
wyłącznie dla pana Wylde’a na froncie przy przystrojonym czaszeczkami i krzyżem
przyczepionym trytytką statywie mikrofonu. Twardziej się zwyczajnie nie da.
Z twardą konsekwencją czaszki zdobią banner główny, membrany
bębnów i w kombinacji ze sporym metalowym krzyżem również front perkusji
obsługiwanej przez Jeffa Fabba. Skład uzupełniają John DeServio równo dwie
dekady z Zakkiem na scenie i Dario Lorina, którego gitara przełamuje zakkowy
monopol na strunowe dźwięki całkiem często. Intro w postaci „Whole Lotta
Sabbath” i faktyczny start przy „Funeral Bell” z „The Blessed Hellride”. W
marcu BLS dołożyło kolejną produkcję do dyskografii - „Engines of Demolition” z
której dział promocyjny obejmował: „Name in Blood” i co oczywiste i spodziewane
„Ozzy’s Song”
Jasne światło zalało scenę, a słuchaczy zalały gitarowe
dźwięki i charakterystyczny wokal Zakka, na tle gitar brzmiący jak
wyeksploatowana syrena alarmowa. Świetne nagłośnienie, tnące uszy riffy Wylde'a
i Loriny, zachwycona publika i uśmiechnięty John DeServio, który mimiką i
radosnymi wygibasami z basem zabierał Zakkowi nieco uwagi publiki. Nie zabrakło
gitarowej solówki, która dla prostego słuchacza przypominała dziesięciominutową
dźwiękową czkawkę.
Podobnie do przedłużanych dźwięków w partiach gitary, bardzo
powtarzalnie wypadła choreografia pana Wylde’a z wymachami prawą ręką po każdym
uderzeniu strun oraz zamiatanie piórami na podeście w blasku reflektorów –
urozmaiceniem było szarpanie strun z gitarą na karku. Zmieniały się i to nader
często gitary, głównie już jego własne
produkcje Wylde Audio Berzerker “Blood Skull” czy Orange Doom Crew Inc. Heathen
Grail.
W połowie seta wzruszający moment, złożenie hołdu dla
Ozzyego „No More Tears” i dedykowany oczywiście wyświetlanym na telebimach
braciom Abbot „In This River” został odegrany przez Zakka na klawiszach, a Lorina
miał struny na wyłączność, natomiast publika miała przez oba numery nieco
ściśnięte wzruszeniem gardełaka. Finał nastąpił przy „Suicide Messiah”, „Ozzy’s
Song” i „Stillborn”. Deszczyk siąpił już bez większego przekonania, jednakże
publika chyba straciła zbyt dużo energii na tańcach z Downami.
Po koncercie Zakka kiedy plac całkiem opustoszał, na
backdropie sceny pozostało wyświetlone czarno-białe zdjęcie Ozzy’ego…
To wróćmy na sceny
pomniejsze… Desert Shrine przykładowo, gdzie deszczyk całkowicie zmył opcję
kurzawy towarzyszącej zabawom grupowym - pozostawiając opcję brodzenia w
błotku.
PAMIĘTAJ: Jeżeli w czasie deszczu widzisz lukę w tłumie
publiki zapamiętaj - tam jest kałuża której eksplorować nikt się nie odważył i
powodowany naiwnym optymizmem wpieprzysz się aż miło. Po łydki. Heh… czasami
lekcję z naiwności trzeba powtórzyć.
CORONER Park
Stage Szwajcarski nadzespół, który obok Samaela i wcieleniami Toma Warriora dumnie
dzierży berło metalu w tej części Europy, trio które zaczynało jako roadies
zespołu Celtic Frost. Niemal cztery dychy lat na scenie - pomijając przerwę,
doskonały technicznie thrash metal, który po 32 latach wydał powrotny album -
„Dissonance Theory” wydany w październiku zeszłego roku. Koncert był efektowny
i dostojny. Skład oryginalny: Ron Royce i Tommy T. Baron w 2014 roku uzupełnił
pałker Diego Rapacchietti, a wersji live ekipę na scenie klawiszami wspiera
poważny jak karambol na autostradzie Daniel Stössel . Otwarcie i prowadzenie
seta najnowszym krążkiem, na 7 pozycji 4 stanowiły dział promocyjny: „Consequence”, „Sacrificial Lamb” i później
„Symmetry” oraz „Renewal” na finiszu. Ze
starszych numerów było „Divine Step (Conspectu Mortis)”, „Masked Jackal”, „Grin
(Nails Hurt) - przy czym o ile nastroje na scenie i w publiczności były
pozytywne bardzo, to dźwięk strun chwilami wędrował gdzieś indziej.
SEVERE TORTURE Sabbath
Stage - death metal z Holandii z trzydziestoletnim stażem scenicznym powróciło
po 14 latach przerwy albumem „Torn from the Jaws of Death” z 224 roku. Świetlik
niejako docenił skład, bo widziało się muzyków na scenie i więcej niż tylko
pana gardłowego Dennisa Schreursa, aczkolwiek do pałkera lumeny nie
doleciały.
Weterani oldschoolowego death metalu prezentują najnowszą
dziewiątą produkcję studyjną
"Ravage of Empires" z 2025 roku - jednocześnie pierwsze wydawnictwo
Benediction z Nikiem Sampsonem na basie. Dołączył on do grupy w 2023 roku,
zastępując Dana Bate'a. Ekipa w doskonałych nastrojach, publiczność mimo cały
czas przeciekającego nieba ładnie towarzyszyła reakcjami - mimo, że na Park
Stage grał Death to All - wszyscy nazywający DTA coverbandem zostali na
koncercie Benediction - i niewątpliwie bawili się doskonale.
Muzyczna wariacja na temat co by było gdyby Wikingowie odkryli syntezatory i techno - nordycka saga w tonacji chaosu, przeznaczona do wywołania transu w każdym klubie lub polu bitwy. Ciut późno zaczęli z twórczością i przez to Techno Viking tuptać musiał do randomowych dźwięków podczas Fuckparade w Berlinie w zamierzchłym roku 2000 zamiast do nordyckiego folku, muzyki rytualnej i elektronicznych bitów w stylu trance.
Deszcz dzielnie brał udział we wszystkich koncertach, ominął
jedynie Sabbath Stage z wiadomych względów - ale też miał swoje preferencje
starając się jakby bardziej podczas niektórych występów. Drobne nieporozumienie
pomiędzy chmurą a grawitacją zamiast być zjawiskiem pogodowym, stało się pełnoprawnym uczestnikiem wydarzenia i jeśli jest coś, co ludzie potrafią świetnie robić, to
ignorowanie rzeczywistości, gdy akurat dobrze się bawią.
06.06.2026 Dzień trzeci Mystic Festival 2026
1. 16:30 YOTH IRIA Sabbath Stage
2. 17:30 ACID KING Desert Shrine
9. 21:15 SEPTICFLESH Desert Shrine
12. 00:00 FROG LEAP Desert Shrine
13. 00:30 THE GATHERING Park Stage
14. 00:45 MASTER BOOT RECORD Sabbath Stage
06.06.2026 SOBOTA - dzień trzeci Mystic Festival 2026
Słońce wróciło w ostatni dzień
festiwalowy - sobotę. Ten ciężki dzień kiedy człowiek radośnie przyzwyczaił się
do beztroski i miło spędzanego czasu na festiwalowaniu, aż naglę z subtelnością
młota pneumatycznego wali w potylicę świadomość, że już za chwilę trzeba będzie
wrócić do szarej i męczącej rzeczywistości, gdzie radosną nieważkość, dobry
humor i sporą część doby kradnie praca w imię zapłaconych rachunków. Tu robiło
się nawet smutniej wiedząc, że unikatowy stoczniowy industrialny klimat i dumne
żurawie towarzyszą dźwiękom eklektycznie metalowym ostatni raz…
Tego dnia dwa koncerty interesowały
mnie bardzo: Pain, bo zwyczajnie lubię eklektyzm twórczości Petera i The
Gathering - dla mnie headliner festiwalu i koncert na który nawet już nie
czekałam… a tu masz. Prezent od Mystic Festival przepiękny. Podziękowała!
YOTH IRIA Sabbath Stage czyli stabilna i profesjonalna druga reprezentacja Grecji na Mystic przywiozła trzeci w dyskografii album studyjny "Gone with the Devil" - jeszcze cieplutki bo z maja, w konwencji blackmetalowej serwując lirycznie romantyczny satanizm i okultyzm. Poprzedni album "Blazing Inferno" z 2024 roku był pierwszą płytą grupy z He - Rosjaninem Rustamem Shakirzianovem na wokalu. Dołączył on do formacji w 2023 roku, zastępując Magusa. Z oryginalnego składu pozostał Jim Mutilator czyli Dimitris Patsouris który w Rotting Christ obsługiwał gitarę basową i nagrał z zespołem trzy albumy. Skład uzupełniają Vasilis Stavrianidis na perce, oraz gitarzyści Nikolas Perlepe i Naberius.
Ekipa elegancko zaserwowała kultowy
album „Busse Woods” z 1999 roku - tyle ile zmieściło się w 40 minutowym secie,
gdzie dźwięki zanim trafiły do uszu słuchaczy miały czas zastanowić się nad
sobą, walnąć kwas i odwiedzić kilka równoległych wymiarów, przejść kryzys
egzystencjalny żeby znów być zwykłymi decybelami podlegającymi prawom fizyki.
Piękne ciężkie granie tak jak ciężka inspiracja nawiedziła ekipę w kwestii nazwy
- ksywy Ricky'ego Kasso który morderstwem wywołał „satanic panic” w kolorowych
latach 80-siątych.
EVERGREY Park Stage - sympatyczni Szwedzi grający w pięcioosobowym składzie przyjemny gothic metal łączony z metalem progresywnym od 1996 roku. Park Stage w oślepiającym słoneczku, szczęśliwie nie wypalającym wizualizacji z ekranu backdropa - dzięki czemu koncert zyskał przepiękną oprawę sceniczną. Aktualnie Tom S. Englund jest ostatnim członkiem formacji z oryginalnego składu, a ostatnia zmiana dotyczyła odejścia Henrika Danhage, którego zastąpił Stephen Platt (Scar Symmetry, Devin Townsend) wyglądający jak sierżant Oddball, na scenie prezentując ten sam nonszalancki luz. Skład uzupełniają Rikard Zander obficie zamiatający piórami klawiaturę, Johan Niemann statecznie dzierżący bas oraz dziki Simen Sandnes który w składzie od 2024 roku niezwykle sadystycznie i eksprezyjnie znęca się nad perkusją.
Na Main Stage TURBO wystąpiło jako zastępstwo Static-X
i w sumie patrząc na staż na cholernie niełatwej dla muzyków polskiej scenie
metalowej ekipa zasłużyła sobie wydatnie. I kichać w tym momencie importowanych
uczestników festiwalu - polska publika, na polskiej kapeli bawiła się świetnie.
Były thrashowe klasyki "Ostatni wojownik" oraz "Kawaleria
szatana cz. I". Nieco „atrakcji” wprowadzono wokalnie, bo finalne "Dorosłe
dzieci" dośpiewywał ze Struszczykiem Grzegorz Kupczyk, natomiast z drugim
mikrofonem od początku koncertu pojawił się brat Tomasza - Bartek Struszczyk. Jeszcze
chwila a polscy weterani heavy metalu będą obchodzić półwiecze scenicznej
działalności - tu średnia wieku wydatnie się podniosła przy barierkach i z
dużym zaangażowaniem gardeł słuchaczy wybrzmiały „Dorosłe…” ale jednak gdzieś
tam w środku nadal dzieci.
SCOUR na Desert Shrine - znowu prośba „Anselmo dej klapka” na barierce. Anselmo człowiekiem renesansu jest niedocenionym, bo co chwilę niesie go - boso oczywiście - w kolejne rejony muzyczne, a to krótki romans z hardcore punk, industrial sludge czy southern rock/folk i ambient black metal - przy czym nie ogranicza się do wokali łapiąc za gitarę, bas czy perkusję.
Na Mystic Festival razem ze Scour przyniósł go black metal, czynnie uprawiany w formacji od 2015 roku. Towarzyszyła mu ekipa muzyków która ma długą listę bandów po przedrostu „ex” w biografii, a w roli technicznego Kirk Windstein z Down. Najwyraźniej ilość projektów w których udziela się pan Anselmo wymogła fascynującą atrakcję sceniczną na miarę pirotechniki - growlowanie z kartki. Black metal Scour na scenie prezencję miał elegancką - odprasowane idealnie czarne koszule, muzycznie nie było źle, w końcu ekipa jest solidna, pozostaje ograniczona ekspresja wokalisty wskutek uważnego śledzenia literek.
PAIN Park Stage. Dzień wcześniej ekipa Petera Tagtrena bujała Czeskimi fanami na Metalfeście który tam przetrwał więcej niż dwie edycje jak w Polsce - skąd kumpel w ramach straszenia podesłał zdjęcie wywołujące raczej troskę o kondycję psychiczną kostiumologa formacji - ktokolwiek wymyśla im te potłuczone wdzianka. Potem było nawet ciekawiej, bo odzienie poszło sobie całkowicie gdzieś indziej.
Przed koncertem Peter cierpliwie
zbijał piątki i autografował fanom stojącym w sporym ogonku pod budą ESP
Gitars.
Peter ze swoją nadpobudliwością
muzyczną, pewnego dnia stwierdził że Hypocrisy, własne Abyss Studio obsługujące
całą Skandynawię i nazwy z górnej półki (Dimmu Borgir, Sabaton, Children of
Bodom, Belphegor, Celtic Frost, Marduk, Therion czy Immortal. Dobra, chuj,
łatwiej wymienić komu nic nie produkował…), to za mało atrakcji i uznał że
zwykły metal jest stanowczo zbyt spokojnym sposobem spędzania wieczorów. I tak
powstał PAIN.
Wrzućmy industrialny metal,
szwedzki chłód, sporo dystansu i nonszalancji scenicznej oraz trochę
absurdalnej filozofii do jednego kotła razem z Tägtgrenem i podkręćmy głośniej
fchuj. Koncert PAIN nie jest wydarzeniem muzycznym, ale niekontrolowanym
przypadkiem zbiorowej utraty rozsądku, natomiast dystans jest niezbędny do miłego
odbioru koncertu. Ktokolwiek z mrocznych jak kolonoskopia Lucyfera metaluchów
wykazywał lekceważenie i wylewał złośliwości wspomnę tylko - panu Tagtrenowi
jest z tego powodu niebywale wszystko jedno. Gość sam po szwedzku nagrywał
chórki Sabatonom na Carolusa, żeby wypchnąć ich w terminie ze studia - po czymś
takim już nic go nie rusza.
Ciężkie, metalowe riffy,
elektronika, syntezatory, chwytliwe refreny i rytmy, przy których człowiek
odkrywa, że można jednocześnie headbangując wesolutko tańczyć. To industrial
metal, ale z wyjątkowo silnym instynktem do melodii. Jest alienacja, śmierć,
narkotyki, ufoludki, przygnębienie i różne odmiany życiowego absurdu, ale także
i co najważniejsze — od cholery ironii. PAIN gra muzykę dla ludzi, którzy odkryli,
że życie nie ma instrukcji obsługi, nie odpowiada na reklamacje, a
najrozsądniejszym rozwiązaniem pozostaje mieć wszystko w częściach zadnich. Ta muzyka
potrafi równie dobrze funkcjonować na wielkiej festiwalowej scenie, jak w
klubie. Na perkusji aktualnie z tatą jeździ po koncertach Sebastian Tägtgren.
Wjazd na scenę nastąpił przy
dźwiękach „Same old song” i w kreacjach a’la dystyngowany menel inspirowany Mad
Maxem - wyjazd z kolei już w typowym dla Petera kaftanie bezpieczeństwa i
uprzejmym „Shut Your Mouth”. Był dość obszerny dział promocyjny albumu „I Am” z
2024 roku, ale też stare znane i lubiane: „End of the Line”, „I'm Going In”
jako jedyny reprezentant bardzo fajnej płyty „Cynic Paradise” czy „Call Me”
nagrane i czasem wykonywane z Brodenem z Sabaton. Szczerze? Setlista bez szału,
bez brzmiącego świetnie na żywo „Eleanor Rigby”, bardzo optymistycznego w moim
stylu „Have a Drink on Me” którego na żywo nie udało mi się trafić, czy
uprzejmego „Designed to Piss You Off”.
Gdzieś w połowie seta wpadły
wdzianka w stylu emeryckiej wycieczki na Florydę z akcentem striptizerskim
Petera, który publice pokazał pionowy uśmiech. Swój własny, zlokalizowany tam gdzie
plecy kończą swą szlachetną nazwę. Największą siłą występu była jednak energia.
Miła odmiana po poprzednikach scenicznych, odpowiednia dawka pełnych dynamiki
dźwięków została załadowana w uszy i pobujała publikę nieco żywiej.
MASTODON Main Stage - mój pierwszy raz bez Brenta Hindsa, którego
miejsce zajął gitarzysta Nick Johnston. Reszta składu bez zmian: wokale i
perkusja we władaniu Branna Dailora, poważny śmiertelnie Bill Kelliher gitara i
João Nogueira klawisze, no i oczywista bas plus głos Sandersa na froncie. „Crazy
Train” jako intro i pierwszy numer „Tread Lightly”. Wejście energetyczne
bardzo,
Troy Sanders dynamikę miał wybitną, jakby robił za dwóch na scenie,
statykę wykazując wyłącznie kiedy przytrzymał go mikrofon. Ekipa na scenie
wyluzowana, były interakcje między muzykami i te kierowane do publiczności.
Sanders dziękował polskiej publiczności za wsparcie i zawsze miłe reakcje od
zawsze, nawet kiedy byli początkującym bandem dwadzieścia lat wcześniej, a
publika docenienie odpłaciła skandowaniem „Mastodon” w każdej przerwie między
utworami.
Hindsowi zadedykowany został
numer z nadchodzącej płyty „Your Ghost Again” na koniec którego na telebimie tła pojawiło się zdjęcia zmarłego muzyka, poza tym wybrzmiał przekrojowy,
mocno koncertowy zestaw klasyków: „Megalodon”, „I Am Ahab” i „Crack the Skye”. Mocny finał dały „Mother
Puncher”, „Steambreather” i zamykający „Blood and Thunder”. Świetny zagrany koncert
ekipy z Atlanty, potwierdzony reakcją publiki. Za całą scenografię robił ekran
tła i Randy Rhoads z gitarą polka-dot na membranie centrali Dailora. Wystarczy
- tu muzyka się broni sama, bez efektów dodatkowych, teraz pozostaje poczekać
na nowy album.
BØLZER Sabbath Stage bez ściemniania - w tym względzie wyręczył mnie świetlik zresztą: 5 min pod sceną zawierającą panów Fabiana Wyrscha, oraz Okoi Thierry’ego Jonesa nie upoważnia mnie do komentowania czegokolwiek. Ciut im się strojenie przeciągnęło, a za ścianą na Desert Stage po raz trzeci podczas tej edycji festiwalu wjeżdżała dumnie Grecja, więc...
SEPTICFLESH Desert Shrine Grecki deathmetal jak zwykle zabrzmiał potężnie, ciężko i majestatycznie. Ascetycznie oświetlona scena, niebieskie światło, pionowe słupy reflektorów ledwo przebijające mrok i nader poważna ekipa Setha elegancko prezentującego się na scenie.
Na wstępie ciężki „Portrait of a
Headless Man”, przeszedł w „Neuromancer” , dźwięk dobry, ładnie słychać growl
przechodzący często w potężny ryk Spirosa ‘Setha’ Antoniou, rozpędzająca się
niebezpiecznie lub też na korzyść ciężaru zwalniająca perkusja Kerima Lechnera,
agresywne gitary Christosa Antoniou i Sotirisa Vayenasa. Septicfesh jest
zdecydowanie wart usłyszenia na żywo, minimalna konfenansjerka Setha nie męczy,
klimat na scenie jest adekwatny do ciężaru gatunkowego dźwięków. Sporo znanych
kawałków wywołujących dziki entuzjazm publiki: „Communion”, „The Vampire from
Nazareth”, ekipa skupiona na graniu i obfitym machaniu piórami, jedynie Seth
jednoręczną gestykulacją przywoływał na myśl tancerki flamenco.
Albumem „Communion”, a konkretnie
utworem „Anubis” i „Dark Art” z Codex Omega Septicflesh zakończył występ w
iście piekielnym stylu. Septicslesh czyli epicka, tworzona z antycznym wręcz
rozmachem, urozmaicona chórami i wzbogacona symfonicznymi aranżacjami metalowa
uczta. Grecy pokazali, że połączyć symfonie i metal potrafią jak mało kto, i
efektownie, i przyswajalnie.
Dżentelmeni metalu SAXON koncertem wnoszą jeden istotny wniosek: szczelnie wypełniony plac przed Park Stage, obłożenie frekwencyjne, reakcje publiki krzyczą o jedno - więcej klasyków i heavymetalu na Mystic Festival. Bo metal drodzy państwo niezależnie od metryki muzyków czy publiki nie ma terminu ważności.
Weterani NWOBHM wchodzą jak złoto
i jak prawdziwego złota mało ich w festiwalowym lineupie. I ni cholery nie
wypada komukolwiek wypominać metryki, bo koncert żywiołowość i dynamikę miał
tak imponującą, że młodsze składy mogą wpadać z powodzeniem w kompleksy.
„Biff” Byford śpiewa w Saxon tak
długo jak ja żyję, przekroczył 75 na liczniku życia, dopiero co pokonał raka a
jednak mam wrażenie, że na scenie tego wieczoru miał więcej energii niż ja.
Ekipa w miarę stabilna przez te wszystkie lata, widać sympatyczne interakcje na
scenie, doskonałe nastroje i szczere uśmiechy muzyków. Jeden uśmiech tylko zginął
w kłębach dymu - „Nibbs” Carter miał przerąbane z dymarką wycelowaną w swoje
„stanowisko” i większość seta spędził przed perkusją, okazyjnie wpadając tylko
podstroić cztery struny. „Denim and Leather” zabrzmiało jak wielki hymn całej
metalowej społeczności. „747 (Strangers in the Night)” poderwało tłum, „Wheels
of Steel” pokazało, że legendy się po prostu nie starzeją. Setlista przekrojowa
- Saxon przez 75 minut częstował uszy tym co ma najlepsze, finiszując dobitnie „Crusader”
i „Princess of the Night”.
Perfekcyjnie podany oldschoolowy
heavy metal w najlepszym brytyjskim wydaniu z energią erupcji wulkanu - jakby
to nie była piąta dekada ich działalności scenicznej z 24 albumami w
dyskografii. Esencja heavy metalu który wciąż brzmi głośno, autentycznie i cholernie
dobrze – mocne riffy, charakterystyczne melodie, rytm wymuszający machanie
czaszką i refreny, które tysiące gardeł ryczało razem z zespołem -
potwierdzenie że koncert zajebiście się udał. Nam pozostaje grzecznie poczekać
na 25 produkcję studyjną ekipy - „Gods of Thunder”, którego premiera została
zapowiedziana na 22 stycznia 2027 roku.
Jeżeli ktoś zastanawiający się
nad lineupem MF 2027 cierpiałby na brak pomysłów to za ciocią wiki pod hasłem
Saxon powtórzę: Stratovarius, Grave Digger, W.A.S.P., Rush, Running Wild - przy
czym ci ostatni na wielkiej scenie, bo za kija im się energia na takim Park
Stage nie zmieści. Trochę powermetalu byłoby również mile widziane.
GAAHLS WYRD Sabbath Stage, żeby się wprowadzić w nastrój mroczny i
ciężki jak atmosfera na stypie przed koncertem na scenie głównej. Bez zdjęc gdyż albowiem mhhhhrok...
BEHEMOTH na Mystic Festival — czyli apokalipsa z bardzo dobrym nagłośnieniem
Efektownego zamknięcia Mystic
Festival na scenie głównej dokonała delegacja ministerstwa do spraw końca
cywilizacji prosto z piekła - Behemoth i była to egzekucja przygotowana z dużą
starannością. Nie było subtelnie, było ogniście, monumentalnie, ciężko i
precyzyjnie. Behemoth od dawna nie potrzebuje udowadniać, że potrafi być
głośny. Bywały festiwale kiedy dało się odczuć wręcz fizycznie, że ich technik
przejmując konsolę jedzie „up to eleven” wykręcając w piździec gwint gałki i
wypuszczając dzikie decybele na wolność, jakby dostał za zadanie przesunąć
kilka organów wewnętrznych i priorytetów życiowych u wszystkich znajdujących
się w polu rażenia.
Inferno siedzi za perkusją i
wygląda, jakby ktoś do składu zatrudnił machinę oblężniczą. Jego partie są
szybkie, precyzyjne, a przeciętny metronom dość szybko zaczyna modlić się o
przetrwanie. Orion mający do dyspozycji cztery struny wygląda niezmiennie na
gościa, którego lepiej nie wkur…zać. Gitary Setha i Nergala tworzą ścianę
dźwięku, ale nie taką zwyczajną ścianę, pod którą można sobie stanąć i
odpocząć. To raczej ściana, która właśnie ruszyła w twoją stronę rycząc
wściekle.
Nergal nie tyle wychodzi na
scenę, co pojawia się na niej w pełnym przekonaniu, że scena od dawna na niego
czekała i wygląda, jakby właśnie został szefem jakiegoś bardzo źle rokującego
kultu i miał pięć minut na przygotowanie apokalipsy. Trudno zresztą oczekiwać
skromności od człowieka, który od lat konsekwentnie kontroluje image balansując
pomiędzy antychrystem, a biskupem wybitnie złej diecezji. Makijaż jest
dokładny. Stroje są teatralne. Ozdoby są interesujące. Ku mojemu rozczarowaniu
zrezygnował dawno z kurzych łapek - nie kojarzyć z medycyną estetyczną i
aktualnie na klacie prezentuje korale. Najciekawsze jest to, że Nergal potrafi
tę przesadę sprzedać, bo gdy tylko zaczyna śpiewać, cała ta teatralność
przestaje być żartem i potrafi dawkować ekspresję, gestykulację i głos akcentując
oszczędnie.
Behemoth nie gra koncertu,
Behemoth odprawia koncert. Płomienie malowniczo buchały ze sceny, rozświetlając
złowrogo stoczniowy nocny krajobraz niczym stado smoków męczonych czkawką
synchroniczną na diecie z paliwa rakietowego. Całość przedstawienia zaczęła
powoli przywoływać demony z innych dzielnic Gdańska.
Najlepsze jest jednak to, że przy
całym tym teatrze muzyka nie blednie pod efektami. Wręcz przeciwnie. Ogień,
scenografia, stroje, makijaż i są dodatkiem do czegoś, co samo w sobie jest
potężne. Behemoth gra ekstremalny metal z precyzją, która potrafi przekonać
kilka tysięcy osób, że piekło może mieć bardzo dobre i precyzyjne nagłośnienie.
Ciepła atmosfera którą scena ogniście otula publikę - zostawia wrażenie serdecznej
przytulności w obliczu wieczornego chłodku
W momencie spaceru z pochodniami
ekipy Nergala przez publiczność na drugą scenę - choć właściwiej było by to
nazwać ringiem na którym następuję ciąg dalszy kopania tyłków dźwiękami - przed
oczami niczym backflash pojawił mi się niemal identyczny obrazek oglądany
minionej jesieni. Tylko że wtedy akcja miała miejsce w Krakowie, a spacer z
pochodniami wykonał szwedzki zespół specjalizujący się w wesołych piosenkach o
hurtowym zabijaniu człowieków historycznymi konfliktami zbrojnymi.
Na scenie drugiej dumnie
wybrzmiał „The Return Of Darkness And Evil” z repertuaru Bathory, oficjalny
Mystic Festival Anthem 2026 czyli krew, ogień, zło, ciemność, szatany i te
nieszczęsne dziewice co to zawsze mają przechlapane.
Muzyka jest ciężka, scenografia
jest ogromna, perkusja morduje czas. gitary brzmią jak karambol na
autostradzie, a na środku tego wszystkiego stoi Nergal, który sprzedaje
publiczności abonament na wieczne potępienie i sądząc po reakcji tłumu -
wszyscy są chętni bo świat zostanie zniszczony, ale na szczęście dopiero po
bisach. Na bis jako 14 pozycja setlisty wjechał „O Father O Satan O Sun!”, a
całość behemothowej litanii została skomponowana pod hasłem „the best of”
uwzględniając wszystko co najlepsze w repertuarze.
Behemoth zakończył Mystic
Festival na swoim terenie, w swoim mieście, w sposób adekwatny do kalibru
zespołu, który z blackmetalowego podziemia po 35 latach zawziętego zapierdolu wyrósł
na jedną z największych polskich nazw eksportowych. Egzekucja koncertowa sceny
głównej była brutalna, ostateczna i bezkompromisowa.
Kiedy ostatni płomień zgasł i
ostatnia wściekła decybela rozpłynęła się w powietrzu, tłum z konsternacją
zauważył, że świat przetrwał. Co było trochę rozczarowujące, bo kiedy większości
pozostał przykry powrót do łóżek i w dalszej perspektywie do rzeczywistości -
bystrzejsi w podskokach pędzili na Park Stage.
O jedno się przypierdzielę:
szanowni państwo pod ognie dajemy światełko kontrastowe w tle - niebieskie
zgodnie z paletą barw - wtedy te potoki ogni scenicznych zajebiście podbijają
wizualną dynamikę, nie wyglądając jakby ktoś w ciemnym zaułku odpalał
papierosa, niknąc w ciemnościach. Wszystko…
FROG LEAP zamykało festiwalowe granie na Desert Shrine - akcent cokolwiek kabaretowy. Projekt Leo Moracchioliego, zamieszkałego w Norwegii muzyka, specjalizującego się w nagrywaniu coverów i recenzowaniu sprzętu muzycznego. Jak dotąd zarejestrował on swoją interpretację ponad czterystu utworów, w tym utwory Dire Straits, Adele, Awolnation, Lady Gagi, Gorillaz, Toto, Boba Marleya czy Michaela Jacksona. Na żywo lidera Frog Leap wspierają Hannah Boulton na wokalu, Erik Torp na basie, Rabea Massaad na gitarze oraz Truls Haugen na perkusji. Pod scenę na czas wykonania zdjęć i obserwacji wygibasów nieco neurotycznego króliczka dyrygującego tłumem ściągnęły mnie backdrop z sympatyczną rzekotką i grany akurat „Ghostbusters”. Pojawiły się jeszcze: Zombie The Cranberries, Killing in the Name Rage Against których wysłuchało całkiem sporo ludzi.
Ja nie bo Anneke…
MASTER BOOT RECORD zamykało Sabbath Stage, gdzie bezczelnie wykonałam zdjęcia w przyzwoitym świetle w trakcie… próby, przynajmniej człowiek dojrzał na monitorze z odpalonym DOSem figurkę Generała Daimosa czy tam innego robota z mecha anime, bo chłopaki ewidentnie szykowali się na wizualizacje ekranowe - czyli uja muzyków byłoby widać. Ekipa z Italii od dziesięciu lat para się industrialnym, electronicznym metalem z elementami synthwave/chiptune, tytuły albumów mają fajne „Floppy Disk Overdrive” czy EPka „C:\EDIT AUTOEXEC.BAT”. Grono młodszych słuchaczy kibicowało próbie - czyli mimo że był to całkowicie, beznadziejnie i absolutnie ostatni koncert całego festiwalu Mystic 2026 - nie groziło im granie do pustej sali, kiedyś nadrobię.
Ja strzała na Parkstage bo
Anneke…


















































































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz