2026-07-01

POST SCRIPTUM part II - "Mystic Festival 2026" // Gdańsk Stocznia // Poland

Słów kilka o tym co i jak grało...

Teraz zabieram tych wytrwałych, którzy czytali część pierwszą na wędrówkę po mysticowych scenach. Pozycji zaliczonych 54 na 92 sztuk koncertów, około 60% chociaż chciałoby się więcej.

Uprzedzam, że z racji namiętnego uprawiania sprintu fotograficznego nie podejmę się komentowania technicznych niuansów brzmień, dźwięków, wykonań, nagłośnienia. Byłoby to cokolwiek nieuczciwe względem tych, którzy dysponując słuchem absolutnym z przejęciem każdą jedną nutę rozebrali szczegółowo na półnuty, analizując do ćwierćnut sposób nagłośnienia w każdej możliwej odległości od sceny. Natomiast przyznaję sobie pewne kompetencje do komentowania produkcji wizualnej, oświetlenia i operowania nim w imię Kandeli, Luksa i Kelwina neutralnego, Lumen!

Moja uwaga skupiała się też na energii - tej pomiędzy publiką a sceną, muzykami a słuchaczami i interakcjami, które nienachalnie i sympatycznie prowadzone potrafią wygrać cały koncert - mimo niedociągnięć brzmieniowych i robią z tego sztukę życia. Taki jeden pyskaty niemożliwie Dee Snider stwierdził, że jeżeli podczas koncertu w imię dynamiki i dobrej zabawy, coś tam nie zabrzmi idealnie „SO BE IT!” - i jestem zwolennikiem tej prawdy objawionej. 

Zestaw festiwalowych atrakcji bardzo eklektyczny - urozmaicenie obejmowało gatunki, staż sceniczny kapel, przekładając się równie obszerne zróżnicowanie publiczności, w tym pokoleniowe. Ja sobie ten eklektyzm chwalę, byle zestawienie trzymało się pola widzenia gatunkowego metal/rock.

Kolejna rzecz wpływająca niezmiennie na odbiór koncertów to niewątpliwie stopień fascynacji zespołem, nostalgia albo do granic posunięta sympatia - żeby nie pisać fanatyzm, bądź stopień sponiewierania procentami - wiadomo że w pewnym stopniu nieważkości każdy koncert jest najlepszym! (To może zasadniczo tłumaczyć fanów Slayera - bo rzadko który do intro dotrzymuje w trzeźwości).

Dygresja…

PKP nie zawiodło, każda najbanalniejsza podróż kolejami polskimi może być ekstremalnym doświadczeniem - jeżeli tylko się postarają. Cały wagon metaluchów i moja skromna osoba zostaliśmy potraktowani przez IC, temperaturą którą inkwizycja zwykła traktować czarownice. Tym sposobem na peron w Gdańsku wylała się podgotowana i ociekająca potem fala aluminium czy też rtęci o znikomej chęci do życia, niby metal wg Mendelejewa ale twardości wątpliwej - metalami pozostając w nomenklaturze. 


Klik w czasówkę otwiera galerie poszczególnych zespołów:

GALERIE FESTIWALOWE CHRONOLOGICZNIE:

03.06.2026 Warmup Day Mystic Festival 2026

1. 17:30 FRONTSIDE            Desert Shrine

2. 17:45 DISHARMONIC ORCHESTRA Sabbath Stage

3. 18:30 KUBLAI KHAN TX    Park Stage

4. 18:45 NECKBREAKKER    The Void

5. 19:30 GRAVE                     Desert Shrine 

6. 19:45 DAMNATION            Sabbath Stage

7. 20:30 SIX FEET UNDER    Park Stage

8. 21:30 UNLEASHED            Sabbath Stage

9. 22:30 ICE NINE KILLS        Park Stage

10. 23:45 KANONENFIEBER    Desert Shrine 

11. 00:00 PRIEST                  Sabbath Stage


03.06.2026 ŚRODA - Warm Up Day  Mystic Festival 2026

Jak to miło, że mamy Warm Up Day - (nawet very warm zresztą), bez większych wyrzutów sumienia można na festiwal dotrzeć ciut później. Potem wypada obejrzeć teren, mając rewelacyjnego przewodnika, który stoczniowe edycje zaliczał sumiennie, nabyć festiwalowy kubeczek (projekt autorski praktycznego niegubienia kubeczków) i opić czymś zimnym nadchodzące dni, łaskawość pogody i wytrzymałość sprzętu foto i można zwiedzać fosy - aż cztery - zaiste rozkoszny urodzaj - a od czwartku już ekscytujące pięć. Przy okazji była rzetelna kontrola jakości nawadniania festiwalowego - piwa bezalkoholowego - wyszło na plus.

Moje środowe atrakcje festiwalowe otworzył FRONTSIDE, miło bardzo, bo ostatni raz ekipę na żywo widziałam jeszcze z Aumanem jako gardłowym - obecnie wokale obsługuje Wojciech „Mollie” Moliński. Ekipa wydała w marcu dziesiątą produkcję studyjną "Nemesis" i chłopaki bardzo rozsądnie ułożyli set na festiwalowo - bez przeładowania nowościami (sztuk 3) serwując stare, znane, lubiane, kończąc na debiutanckim wykonaniu na żywo nówki "Sztylet, brzytwa, hak i sznur" i grając do sporego tłumu w radośnie opromieniającym całość słoneczku - urozmaicenie, bo zwykle sceny na której Demon czy Daron malowniczo wywalają jęzory mroki krwawe spowijają i realnie za wiele nie widać.

Kolejny punkt to Park Stage i KUBLAI KHAN TX - kwartet z Teksasu z 5 krążkami studyjnymi w dorobku, zamiast podbijać Chiny jak na prawdziwego Khana przystało, grają metalcore żeby odróżnić się od wnuka Czyngis-chana i mają literki TX żeby odróżnić się od starszych thrashujących ziomków z ojczyzny. Charakterystyczna cecha ekipy na żywo - potężna energia - tu pobudziła do dzikich tańców wzniecających całkiem przyzwoitą ilość kurzu świadczącą o zaangażowaniu publiczności mimo prażącego słoneczka.

Duński NECKBREAKKER na scenie Void szalał równie żywiołowo co na Park Stage, tyle że dźwiękowo to techniczny death z elementami groove metalu i hardcore'u metal zachęcał do podrygów, zbierając liczną publikę. 


Kolejno szybki skok na austriackie trio awangardowo-technicznego death metalu na żywo i na Sabbath Stage czyli B90 - DISCHARMONIC ORCHESTRA. Tu były zachwyty nad oryginalnością instrumentarium, brzmień i dźwięków.

GRAVE na Mystic? Brzmieli tak szwedzko, że człowiek czuł chłodek mimo czerwca. Riffy cięższe od podatków, za to miny wesolutkie bardzo. Mając przed nosem polską publiczność zaliczaną do wybitnie ekspresyjnych - wiele kapel prezentowało radosne uśmiechy widząc szczery entuzjazm pod sceną. Ekipa w składzie: Ola Lindgren, Tomas Lagrén, Tobias Cristiansson miotała porządnie człowiekami robiąc dosłownie dym na Desert stage.

Na kilku koncertach burze piaskowe wzbijane podczas cieplejszych dni idealnie obrazowały nazwę „desert” i „monster energy”.  Publiczność zachwycona, za wstęp posłużyły numery „Into the Grave” i „Day of Mourning”, a potem było „Morbid Way to Die” oraz „Deformed” i już tylko milej. Tobias Cristiansson na ciężką odmianę szaleństwa zapadł, szalejąc dziko po całej scenie co pięknie podłapała publika - miło że po dwóch latach wrócił do składu. Lindgren i Lagrén z racji fachu byli mniej dynamiczni, Ola co najwyżej pocieszną mimiką wyrażał uznanie dla żywiołowości słuchaczy.

DAMNATION Sabbath Stage przejął przed godziną 20, koncert wyczekany przez tych którzy w dzikim optymizmie liczą na wielkie powroty kapel, które kiedyś znikły ze sceny. Ekipa z Sopotu chwalić się może długą acz burzliwą historią, bo istnieją od 1991 roku, ze zniknięciem w roku 2004. Potem reaktywacja na 2013 rok i kolejna już bliżej bo w 2025 i wreszcie koncert na największym polskim festiwalu ku radości fanów solidnego death metalu polskiej proweniencji z lat 90-siątych, a przy okazji ku uciesze fotografów - bo też świecony był bardzo przyjemnie.

SIX FEET UNDER Park Stage czyli legendarni amerykańscy death'n'rollowi weterani od trzech dekad na scenie. Chris Barnes po raz kolejny udowodnił, że growl można wykonywać różnie, bardzo. Zespół grał solidnie, dźwięki mieli na miejscu, ale wokal przypominał tyranozaura z zapaleniem krtani próbującego odczytać regulamin festu - i w sumie to było fajne. Na wstępie „War Is Coming”, dział promocyjny czternastego albumu w dyskografii „Killing for Revenge” z 2024 pominięto, za to były finałowe atrakcje z repertuaru Cannibal Corpse w postaci „Stripped, Raped and Strangled” oraz „Hammer Smashed Face” które bardzo przypadły zgromadzonym pod sceną do uszu, a przez uszy do serduszek. Publika bawiła się świetnie. Niektórych legend słucha się nie tylko z szacunku i sentymentu, ale tez z czystej ciekawości jak wypadną na żywo. Czasami ta ciekawość bywa złośliwa wybitnie w kwestii komentowania dokonań wokalisty i to niesłusznie. Było intensywnie, mocno i szczerze.

UNLEASHED na Sabbath Stage w przytulnej atmosferze dosłownie, bo tyle uszu nalazło, że wszyscy się do siebie przytulali, jednocześnie podnosząc temperaturę. Wesolutki Johnny Hedlund z ekipą pojechali po uszach publiki wojnami, bitwami w death metalowej tonacji, czasem tylko zapytując „warriors” czy aby na pewno miło się bawią. Wojownicy wziąwszy sobie komplementy dotyczące ich waleczności do serca, walczyli i w kicankach grupowych, chociaż głównie walka polegała na pokonaniu zmęczenia spowodowanego temperaturą. Żal okrutny i nieco epitetów poleciało w eter bo do urwy nędzy…. Tfu! ubogiej córy Koryntu - światła poszły sobie gdzieś indziej, mrok paskudny spowijał scenę i więcej lumenów trafiało w zadki muzyków i uchachane buzie publiki - niźli na sam skład frontem. A fu panie świetlik!

Warm Up Day finał miał cokolwiek kabaretowy. Park Stage zamknęło ICE NINE KILLS czyli show wizualnie na wypasie, przegryzanie tętnic, upiornie pląsające panny, żonglerka kończynami - cudzymi gwoli ścisłości, ustrojstwa służące robieniu ała, sporo sztucznej juchy i scenografia pożyczona z rzeźni. Ogólnie działo się tam tak dużo i chaotycznie, że ciut przeszkodziło w słuchaniu ska punk/metalcore i cokolwiek tam jeszcze wybijało ekipie z Bostonu w dźwiękach. Całość wypadła ciekawie, coś jak rolki ze slasherów z wyjątkowo głośną ścieżką dźwiękową, a pan Walenty Kania z Kuchni dla Odważnych, mógł się dogadać z ekipą na barterową reklamę wyrobów.

Kolejny punkt mysticowego kabaretonu to Desert Shrine i KANONENFIEBER, którzy dla odmiany zamiast rozchlapywać malowniczo krew, zionęli ogniem, synchronicznie, metodycznie i precyzyjnie. Jak to Germanie w zwyczaju mają (od Rammsteina po In Extremo) ogień być musi i jeszcze jakieś „kabum” po drodze. Blackened death metal z Bambergu podał własną impresję na temat soundtracka pod film dokumentalny o I wojnie światowej - i serio, nie trzeba słuchać tekstów żeby z samego anturażu wnioskować germańską proweniencję.

Owszem, Bawarczycy temat swojej twórczości traktują znaczniej poważniej niż Ice Nine Kills, przekaz mają stricte antywojenny i dlatego też z takim zawzięciem efektowną oprawą sceniczną pracują nad tym żeby w ogniu efektów specjalnych każdy słuchacz - dosłownie - poczuł się strwożony jak randomowy szeregowy w okopach na froncie oraz błyskawicznie niechęci głębokiej i osobistej do wojen wszelakich nabrał.


PRIEST czyli synth-pop/darkwave ze Sztokholmu na Sabbath Stage to był ostatni punkt Warm Upowych rozrywek. Powstałe w 2017 roku trio składa się z byłych członków Ghost, który już Mystic nawiedził: wokalisty Mercury'ego (byłego basisty Ghost, Watera), klawiszowca Salta (byłego klawiszowca Ghost, Aira) oraz programisty/klawiszowca Sulfura. Priest łączący elementy synthwave, dark industrialu i gotyku, a przy efektownej stylizacji, spójności wizualnej i dźwiękowej oraz elegancji i dystynkcji pana wokalisty zdecydowanie warte zobaczenia. 

04.06.2026 Dzień pierwszy Mystic Festival 2026 

1. 16:30 NOCTEM                   Sabbath Stage

2. 17:00 HEATHEN                  Main Stage

3. 17:30 TRUCKFIGHTERS    Desert Shrine 

4. 17:45 BLOODYWOOD        Park Stage

5. 18:30 OVERKILL                 Main Stage

6. 19:15 PSYCHONAUT          Desert Shrine 

7. 19:30 DECAPITATED          Park Stage

8. 20:30 ANTHRAX                  Main Stage

9. 21:00 CARACH ANGREN    Sabbath Stage

21:40 MARDUK : (

10. 21:45 CAVALERA CHAOS    Park Stage 

11. 22:30 BELPHEGOR         Sabbath Stage

12. 23:00 MEGADETH            Main Stage

13. 00:30 BLOOD INCANTATION    Park Stage

14. 00:45 SETH                       Sabbath Stage

04.06.2026 CZWARTEK - pierwszy dzień  Mystic Festival 2026

Kolejny dzień festiwalu - równie słoneczny, bardzo komplementowany był bardzo przez łaknącą słońca publikę z Wysp, dla mnie otwarcie nastąpiło na Sabbath Stage przy dźwiękach podawanych przez Noctem black/deathmetalu z Hiszpanii.


Scenę główną zostawię na deser, żeby blok mocno thrashujący ogarnąć spójnie gatunkowo.


Szwedzkie TRUCKFIGHTERS na Desert Shrine istniejące od 2001 roku w skromnej liczbie trzech sztuk ludzia produkujących dźwięki bujało publiką w stonerrockowych klimatach. Dyskografię ekipy zamyka szósty album studyjny w dorobku  formacji świeżutki, bo z kwietnia „Masterflow”, z którego w 7 punktowej setliście znalazły się dwie sztuki „The Bliss” i „The Gorgon”. Tu mamy akurat baaardzo energetyczny stoner, którego sceniczną dzikość podbija bardzo wydatnie gimnastyka i mimika gitarowego Mr. Dango czyli Niklasa Källgrena, natomiast Oskar „Ozo” Cedermalm na basie i wokalu oraz El Danno na perkusji za bardzo nie odciągają uwagi publiki od szalejącego szefa składu.


Punjabi Metal znaczy BLOODYWOOD Park Stage który swoje istnienie zaczął od śmieszkowania, a potem zrobiło się im poważniej. Ciekawie, bo główny kompozytor Keran Katiyar to prawnik - multiinstrumentalista. Ja wiem że oryginalnie, ja wiem, że popularnie, ja no wiem to wszystko, ale mam potężny defekt genetyczny w tolerancji na wszelkie „ringidingidingi” hinduskiej produkcji, Bollywood powinno być zgłoszone do Trybunału Praw Człowieka jako wysublimowana wersja tortur - autentycznie dzwoniąca mizofonia mnie trafia podstępnie. Mimo że ekipa sympatyczna, mimo, że żywiołowa i oglądało się to bardzo przyjemnie - to jednak człowiek zacieszył, że jednak te zatyczki do uszu były pod ręką. Ba, do „ringidingdowania” nu-metalu z tradycyjnymi indyjskimi instrumentami, flecikami, bębnem dhol ekipa ma różnorodną tematykę - od depresji po żarcie. Za to publika zachwycona, pobudzona i baletująca wydatnie, młynki wytrzymywały dystans powyżej refrenu nawet.


PSYCHONAUT na Desert Shrine -  z greckiego „żeglarze dusz” czy „nawigatorzy umysłu” post-metal eksplorujący granice między ciemnością i światłem w osobie trzech sympatycznych Belgów robiących razem muzykę od 2013 roku. W 2025 roku wydali trzecią pełnometrażową płytę „World Maker”. Różnorodność wokalna, będąca jednym ze znaków rozpoznawczych Psychonaut – od potężnych chrapliwych wrzasków po czysty śpiew, ciężkie riffy, zmiany tempa, progresywne kompozycje - wszystko to niewątpliwie lepiej chłonęłoby się w nieco bardziej nastrojowej scenografii, niekoniecznie czerwcowego radosnego słoneczka.


DECAPITATED Park Stage, dla mnie pierwszy raz bez fruwających zamaszyście dredów Rasty, który 2 lata temu rozstał się z Decapami, ekipę wokalnie uzupełnia obecnie Finn Eemeli Bodde, reszta „po staremu” Vogg, Pasek i Stewart zapier… na bębnach aż miło. Okazja do świętowania z Decapami była podwójna - jubileusz 30-lecia istnienia zespołu oraz promocja nadchodzącego albumu studyjnego, pierwszego nagranego z Bodde, który wcześniej wokalizował w deathmetalowej ekipie Mors Subita. Pierwsze wrażenie? Nie da się uniknąć porównań, szczególnie jeżeli chodzi o tak unikalny instrument jak głos - Eemeli wydaje się spokojniejszy, nie tak dynamiczny, z drugiej strony stał naprzeciw tłumu towarzyszącego zespołowi przez te 30 lat ze świadomością surowej oceny. Koncert przyjęty bardzo entuzjastycznie przez tłum, obłożenie frekwencyjne sceny było potężne, przytkane przejście obok Park Stage uświadamiało jak bardzo.

Na Stocznią powolutku zaszło słoneczko, zrobiło się przyjemnie chłodniej, żurawie malowniczo odcinały się na tle nieba w kolorach wyjątkowo tandetnie różowych…


Na Sabbath Stage wyszedł holenderski CARACH ANGREN zbierając bardzo liczną publiczność, w Polsce symfoniczny black metal pełny mrocznych opowieści, teatralnego klimatu, szybkich gitar rozbudowanych aranżacji ma wielu fanów, tak jak i pasujące do muzyki treści pełne duchów, horroru i makabry. Dokładamy do tego liryczne smyczki i klawisze i jest jeszcze ciekawiej. Seregor czyli Dennis Droomers dodatkowo zadbał o szykowną stylizację z uroczym makijażem, podobnie wychodzący z klawiszami na front sceny Ardek - Clemens Wijers więc wizualnie „słuchało” się równie dobrze.

Koncert efektownych Holendrów przerwał mi MARDUK który miał przejąć Desert stage. I czasami jest tak, że jak już się człowiek cieszy, że wreszcie szwedzką ekipę Mortuusa co to w dyskografii nader gęsto „Fuck Me Jesus” pokrzykuje sfotografuje w jasności jako takiej - wszystko pierdalnie z hukiem… Chłopaki z Marduka mieli pewne nieprzyjemności z lotem, sprzęt im nie dojechał, wpadli na fest opóźnieni na tyle bardzo, że odwołano spotkanie z fanami, pełnym galopkiem od razu ładowali się na scenę, nadal robiąc próbę dźwięku w czasie kiedy już powinni majtać piórami pierwszych rzędów.

No i dupa… poleciał człowiek na Park Stage, obejrzeć sobie odchudzoną wersję Maxa Cavalery z progeniturą i w całym zmęczeniu po dziś dzień pluje sobie w brodę, że na szwedzkiego babilońskiego boga burz nie wrócił, bo główną uwagę festiwalowej publiczności ściągnął skutecznie gang Cavalera, pozostawiając dużo wolnego miejsca pod Desert stage gdzie opóźniony Marduk finalnie pierdalnął zacną sztukę. Niektóre koncerty kopnięte jeszcze przypadkami losowymi zazębiały się zbyt mocno, powodując nerwowość słuchaczy i żale wydatne.


CAVALERA CHAOS - senior rodu Cavalera na Park Stage wkroczył dumnie i lekko w rytm skandowanego z ogromnym zacięciem przez tłum hasłem „no Cavalera, no Sepultura”. Oczywistym jest, że takie powitanie z miejsca nastraja muzyków do grania jakby bardziej. Nad perkusją zwisa malowniczo kokon ze zwłokami uwieszony czółkiem w dół i to zasadniczo cała scenografia. Ekipa w składzie Max, Igor,  Amadeus i Travis Stone do przekazania miała zawartość materiału „Chaos AD” i już sam początek „Refuse/Resist” wywołał dziką i zawziętą żywiołowość tłumu pod sceną. Było gęsto bardzo. O wykonanych utworach pisanie tutaj byłoby szczytem idiotyzmu - więc pozwolę sobie tylko wspomnieć, że było ciężej, surowiej, mocniej i cholernie dynamicznie, szczególnie po tej zaludnionej stronie barierek.


Blackened death metal z Austrii BELPHEGOR był śliczny! Wygrała natura fotografa doceniająca każdy luks światła trafiający w muzyków z właściwej strony. Serio - Pan Marek, który dbał o oświetleniowy anturaż Lehnera na Sabbath Stage przy odrobinie wysiłku zrobił rewelacyjne widowisko na pełnej kur… tfu! damie której cnota warunkowana jest ekonomią. Po to Helmuth z ekipą przez ponad 30 lat z dbałością wielką nakładają urocze makijaże, pięknie dekorują scenę wożoną ze sobą interesującą scenografię, mają estetyczne i eleganckie wdzianka ŻEBY TO DO CHOLERY BYŁO WIDAĆ!

Tu wysiłki włożone w wizualny aspekt przedstawienia zostały docenione wreszcie w pełnej rozciągłości, dając rytualne przedstawienie idealne pod potężną dawkę ekstremalnych riffów, precyzji i bezlitosnej energii idealnie dla wrażliwych usząt i serduszek fanów ekstremalnego metalu. Czy grali dobrze? Świetnie - bo słucha się również oczami, po to są koncerty na żywo - żeby na żywo i za życia móc sobie popatrzeć na muzyków słuchając dźwięków. Belphegor do Polski zawita jeszcze w październiku na dwa występy w Gdańsku i Krakowie i jeżeli tam będzie Pan Marek to i ja też chcę tam być.

Po północy na Park Stage zainstalował się BLOOD INCANTATION, formacja stawiająca dźwięk na pierwszym miejscu. Amerykanie należą największych gwiazd współczesnego death metalu, który w ich wykonaniu ewoluuje czerpiąc z progresji, krautrocka, ambientu i psychodelii. Na Mystic Festival zaprezentowali odegrany w całości czwarty w dorobku album studyjny „Absolutely Elsewhere” wydany w 2024, kończąc monumentalnego seta „Vitrification of Blood” z pierwszego albumu. Kwartet z Colorado mimo późnych godzin i chłodku przejmującego panowanie nad stocznią po słonecznym i ciepłym dniu, zebrał pod sceną tłum zachwyconych słuchaczy. Doskonale podany dźwięk, rozbudowane, hipnotyczne kompozycje, pełne skupienie muzyków na scenie - a pod sceną tysiące uważnie zasłuchanych uszu zabranych w dźwiękową podróż w podbijającej klimat ciemnej nocy.


Zamknięcie czwartkowego wieczoru zapewnił SETH na Sabbath Stage. Blackmetalowcy natchnieni romantyzmem i nienawiścią. Francuskie Seth od 1995 roku (wyłączając pięcioletnią przerwę) pielęgnuje autorskie podejście do black metalu i robi to świetnie. Ich wersja gatunku czerpie z wielu jego odmian, lecz nigdy w całości nie odchodzi od klasycznych wzorców. Francja zawsze malowniczo prezentuje się  na scenie, ekspresyjny Saint Vincent niezmiennie w czerwonym ornacie prowadzi publikę przez przekrojową setlistę, zahaczając o najnowsze wydawnictwo z 2024 roku na otwierającej pozycji „Paris des maléfices” i później „Et que vive le diable!”, ale też sięgając do romantyczniejszych kompozycji „Hymne au vampire, acte I” czy „Acte III” oraz „Le triomphe de Lucifer”.

A teraz powrót na scenę główną, która debiutuje w czwartek, zapełniając każdorazowo ogromny plac tłumem ludzi. Z boku trybuny dla tych, którzy lepiej słyszą na siedząco, strefa VIP z podwyższeniem, telebimy, ogromna przestrzeń i same najjaśniejsze gwiazdy festiwalu. Od czwartku publika neurotycznie dzieli uwagę na pięć scen, uważnie wybierając kolejne atrakcje.

Może nie ta wielka, ale cholernie solidna czwórka thrashmetalu Mystic Festivalu: Megadeath, Anthrax, Overkill i Heathen.


Otwarcia thrashowo - amerykańskiej dominacji na scenie głównej dokonał HEATHEN, frekwencja spodziewanie duża. Ekipa thrashująca od lat 80-siątych z San Francisco Bay Area - wylęgarni thrashowych bandów - zacnie zaprezentowała się na scenie. W 2026 roku skład Heathen uległ zmianie. Lee Altusa na gitarze zastąpił Kyle Edissi, z kolei za perkusją zasiadł Blake Anderson i chociaż po odejściu Altusa ze składu, nie ma tam oryginalnego członka, to został jeszcze gardłowy David White najstarszy stażowo. Skład od 2020 studyjnie nic do dyskografii nie dodał, pojawił się za to singiel "Never a God" cover wcześniejszego bandu White’a i płytka koncertowa „Bleed the World Live” z 2025 roku - i jeżeli ktoś chciałby nadrobić występ Heathen na Mystic Festivalu - wystarczy sobie rzeczoną płytkę odpalić. Wypadło kilka numerów, bo ekipa miała do dyspozycji ledwo 40 minut, ale i tak załapie całość.

Heathen na scenie w liczbie sztuk 4 (gdzieś im się ten Edissi w zagubił) wesolutki - nic dziwnego - tłum reagował zajebiście. Backdrop w tle sceny rozciągnięty do granic przyzwoitości jak plandeka na Żuku, szeroko uśmiechnięci Lum i Mirza, dostali zwrotnie energią od publiki i ich nosiło, Anderson za to skupiony na graniu bardzo, widocznie jeszcze musi się ograć z materiałem.




Kolejny bardzo mocny punkt programu Main Stage to OVERKILL Wrecking Crew - jak zawsze w najlepszej formie. 14 kwietnia 2023 roku miał premierę zajebisty album - i nie mówię tu o tym ze zjadliwie żółtą okładką, ale o dwudziestej pozycji w dyskografii Overkill „Scorched” z której tytułowym numerem przywitali się publicznością. Potem wjechał „Rotten to the Core” z debiutanckiego albumu, a z działu promocyjnego wpadło jeszcze „The Surgeon”, kilka znanych i lubianych pozycji jak „Ironbound” czy „Elimination” poleciało w eter, a soczysty finał zapewnił  serdecznością ociekający „Fuck You” The Subhumans.

Ta ekipa nie ma słabych koncertów. Obecnie na scenie czteroosobowy skład: szczypiorek marynowany w alkoholu Bobby "Blitz" Ellsworth którego metrykę zdradza jedynie siwizna i zapuszczenie wąsa - kondycyjnie i wokalnie bez zmian, na basie uchachany szeroko Christian Olde Wolbers (ex-Fear Factory) bo Carlo „D.D.” Verni, kontynuuje rekonwalescencję po operacji barku, żywiołowy Jeramie Kling na perkusji i prezentujący szeroki uśmiech Dave Linsk na gitarze. Verniego póki zastępowali Christian Giesler ex-Kreator i David Ellefson z Megadeth - miejmy nadzieję, że Verniemu wreszcie się poprawi, bo on i Bobby stanowią trzon oryginalnego składu z 1980 roku.

Świetnie podany dziki thrash, surowy i szczery w radosnej warstwie lirycznej traktujący o samych miłych rzeczach jak śmierć, przemoc, bunt, wojna, korupcja. A tak, jest jeszcze humor. Piękny żywiołowy koncert z niesamowitą energią lejącą się ze sceny, ze skromnym backdropem w tle - na Overkill największe sceny nie robią wrażenia, to oni robią wrażenie na scenie 40-letnim stażem chociażby, a Blitz udowadnia, że nie ma sensu być wybitnym wokalistą - wystarczy trzymać równy poziom przez cztery dekady i nikt się nie przypierdoli o stetryczenie wokalne.




ANTHRAX kolejna klasyka i legenda thrashmetalu na scenie głównej i kolejna ekipa której czas nie tyka, tylko mija bokiem. Na intro tysiące ludzi zgromadzonym w możliwie bliskich okolicach sceny najpierw pobujało się przy „The Number of the Beast” Ironów z taśmy, potem „I Can't Turn You Loose” Otisa Reddinga żeby wystartować dynamicznie z „Among the Living”.

Że tu będzie ogniście i dynamicznie to oczywista - w składzie jest Frank Bello - sceniczna dzikość tego gościa zaskakuje. Rano przed koncertem włóczył się zadowolony po Gdańsku zakupując pokaźną pakę pierogów, wieczorem z kolei tak dobrze mu specjały polskiej kuchni zrobiły na humorek, że niemal rozniósł scenę. I tu bardzo widoczny był zachwyt nowojorskiej ekipy nad żywo kręcącymi się młynami pod sceną - precyzuję: liczba mnoga - jednocześnie.

Może ekscytacja intensywną reakcją publiki spowodowała Scott Ian wspomniał o swoich polskich korzeniach? To, że bandy często chwalą polskich fanów to nie kurtuazja i uprzejmość - oni wreszcie widzą jak ich muzyka rezonuje w tłumie na pełnej… Wągliki na wrzesień zaplanowały sobie premierę albumu z którego tytułowy „It's for the Kids” znalazł się w setliście. Na finał wjechały kolejno „Indians”, „Antisocial” i „I Am the Law”. Pięknie Anthrax zaprezentował się na dopasowanej rozmiarem do ich energii scenie, a i publiczność wydatnie podniosła dynamikę koncertu.




MEGADETH Main Stage Ekipie pana Mustaine’a tutaj dziękuję, za podanie wisienki z tortu do moich uszu w pełnej bliskości sceny już na drugiej pozycji „Hangar 18”, który darzę osobistą sympatią. MegaDave przeżył wyjebanie z Metallicy, raka krtani, stenozę szyi i kręgosłupa, neuropatię promieniową i chorobę Dupuytrena, kartoteka medyczna puchnie mu razem z dyskografią - nic dziwnego, że rozważa pożegnanie się ze sceną.

Taaa wiem, farewell tour, ale ja w 2011 byłam na pierwszym z serii pożegnalnych koncertów Judas Priest i w radykalne decyzje o zejściu ze sceny zwyczajnie nie wierzę. Setlista przekrojowo, instrumentalnie perfekcja, bo w tym bandzie nie ma słabych graczy. Pierdolamento zaczyna się przy wokalu Dave’a - ale serio, gość swoje odchorował, cieszmy się tym, że jest na scenie. Po sobie wskoczyła czkawka Metallicą: „Mechanix” i „Ride The Lightning”, ostatni zbędny, bo bogata dyskografia daje opcję uniknięcia porównania do wokali Hetfielda. Na scenie Mystic Festiwal miało miejsce wręczenie złotej płyty za tegoroczny album „Megadeth” przez szefa Mystic Production Michała Wardzałę. Dubeltowe bisy zapewniły spodziewany „Symphony of Destruction” i „Holy Wars... The Punishment Due” idealny soundtrack pod szamanie langosza klasycznego - headlinera sceny gastronomicznej, co w komplecie dało efektowne zamknięcie drugiego dnia festiwalu na scenie głównej, bo pozostałe sceny jeszcze walczyły.

05.06.2026 Dzień drugi Mystic Festival 2026

1. 17:00 EYEHATEGOD              Main Stage

2. 17:30 BLACK TUSK                Desert Shrine

3. 17:45 CORONER                    Park Stage

4. 18:00 SEVERE TORTURE      Sabbath Stage

5. 18:30 CORROSION OF CONFORMITY Main Stage

6. 19:15 BENEDICTION               Desert Shrine

7. 19:30 DEATH TO ALL               Park Stage

8. 20:30 DOWN                             Main Stage

9. 21:00 FULCI                              Sabbath Stage

10. 21:15 ROTTING CHRIST      Desert Shrine

11. 21:45 ELECTRIC WIZARD   Park Stage

12. 23:00 BLACK LABEL SOCIETY Main Stage

13. 00:00 PRIMORDIAL              Desert Shrine

14. 00:30 CARPENTER BRUT    Park Stage

15. 00:45 EIHWAR                       Sabbath Stage

05.06.2026 PIĄTEK  - dzień drugi Mystic Festival 2026

W czwartek thrash rządził sceną główną, w piątek natomiast panowanie przejęła scena Nowego Orleanu - wielka rodzina Down uwzględnieniem familiarnym kuzynostwa z Eyehategod i Corrosion of Conformity, ba dzielili się nawet sprzętem na scenie. One Missisipi, Two Missisipi, Three Missisipi… oczywiście o rzece mowa.

Trzy ekipy z Luizjany do Gdańska przywiozły gęstą i wilgotną atmosferę Nowego Orleanu, miasta którego geografia próbuje popełnić samobójstwo w bagnie, GPS ma depresję przez huragany, woda decyduje w jakim stanie skupienia ma chęć wystąpić a fizyka siedzi w kącie i ma kryzys egzystecjalny, miasta gdzie zmarłych chowa się nad ziemią, ponieważ tutejsza gleba jest zbyt zajęta byciem błotem, by przyjmować gości i gdzie duchy przodków wpadają na niedzielny obiad. Przywiezione na Mystic nowoorleańskie bayou pozbawione było całej romantycznej otoczki wampirów z dylematami moralnymi Louisa i nonszalancją kulinarną Lestata - jedyne wampiry miały 6 nóg i żarły wszystko na czym zdołały usiąść.  

Zwieźli klimat imprez z bimbrem po którym gadasz z własnym pradziadkiem i szkieletem w smokingu,   gdzie zwykle jazz gra się cholernie głośno w dzikim optymizmie, że odstraszy aligatory które mają więcej praw obywatelskich niż turyści i też znacznie lepsze od nich wyczucie rytmu, gdzie dźwięki mieszają się jak w gumbo czy jambalay’i zrobionych ze wszystkiego co uciekało wolniej niż kucharz.

Przywlekli nowoorleańską wilgotną aurę, aligatory łaskawie zostawiając w domu.

Piątkowy Mystic aurą i posępnym nastrojem współgrał z cięższym, wolniejszym graniem, bowiem bure chmury zasnuły pesymistycznie niebo, lejąc z większym lub większym zacięciem wodę na festiwalowiczów. Teren mienił się za to kolorami - wściekłe barwy płaszczyków przeciwdeszczowych przełamały malowniczo wcześniejszy monochrom tłumu.


Piątek wystartował dla mnie koncertem EYEHATEGOD na Main Stage około godziny 17. Repeta z edycji 2025, tyle, że wtedy ekipa serwowała dźwięki z Park Stage, ale ponoć też padało.  Oba składy występujące przez Down miały pełną świadomość, że te same zmoczone, ale zacięte buźki pierwszych rzędów będą trzymać kurczowo barierki aż bosy a dla niektórych nawet boski Anselmo wbije na scenę.

Eyehategod lirycznie traktują o takich radosnych rzeczach jak wściekłość, zło, nienawiść, nihilizm oraz niechęć do świata i ludzi, wszystko zgodnie z konwencją podane w sludge’owym sosie, za estetykę sceniczną mając stylizację wpisującą się idealnie w stereotyp swamp people. W składzie na gitarze gra w Eyehategod perkusista Down Jimmy Bower, również ex-Corrosion of Conformity, poza nim mamy głos Mike Williamsa, Gary Madera na basie i za perkusją Aarona Hilla który przejął pałeczki po śmierci Joeya LaCaze w 2013.

Gary zresztą ładnie wyjaśnia zagubionych stylistycznie naklejką na basie „This is LA, not L.A.”, jakby ktokolwiek widząc sceniczną elegancję chłopaków miał pomylić Luizjanę z Los Angeles. Na scenie bez fajerwerków, raczej stateczni, zmęczeni życiem panowie oglądający się na siebie nawzajem, jedynie Mike serdecznie pozdrawiał środkowym palcem coś co akurat mu na myśl przyszło, bo nie wiadomo czy wkurzała go mokra pogoda, czy nieco oklapnięta deszczem publika.




Kolejno scenę główną przejęła dalsza część rodziny CORROSION OF CONFORMITY z kuzynami Pepperem Keenanem na gitarze i wokalu, ewentualnie gitarze w Down, oraz Bobbym Landgraffem ex-Down. Wszak rodzina zgodnie z nowoorleańską tradycją jest najważniejsza. Tu faktycznie mamy gatunkowe gumbo (tradycyjna zupka z Luizjany - nie literówka) z połączenia stoner, southern i sludge metalu. Ekipa w kwietniu wypuściła jedenastą mocną bardzo pozycję w dyskografii studyjnej - dwupłytowy „Good God / Baad Man” zbierający  entuzjastyczne recenzje za unikalne połączenie południowego groove'u, ciężkich riffów oraz psychodelicznego acid rocka. Dwa krążki różniące się od siebie energią, nad którymi pracowali Woody i Pepper w luźnej przyjacielskiej atmosferze. Rozpoczęli seta od "Asleep on the Killing Floor" i nieco później z działu promocyjnego zagrali „Gimme Some Moore” kończąc numerami z 1994 roku "Albatross" i "Clean My Wounds". Ponad cztery dekady na scenie i ewolucji od hardcore punk do aktualnego brzmienia, gdzie charakter dźwięków o subtelności walca drogowego opiera się na ciężarze, wolnym tempie z nieśpieszną domieszką bluesa.





DOWN na Main Stage czyli Bower i Keenan ponownie na scenie w ciągu jednego wieczoru. Ekipa Phila ma w Polsce wielu zawziętych wyznawców, szczególnie takich, którzy od Pantery przez wszelkie możliwe wcielenia wielbią Anselmo bezkrytycznie. Na barierce adresowana do bosego gościa tekturowa prośba o klapka (tylko jednego), ten sam kartonik pojawił się podczas koncertu Scour, więc klapek nie był ofiarowany najwyraźniej. Phil Anselmo, Pepper Keenan, Kirk Windstein, Rex Brown i Jimmy Bower wyszli na scenę do mocno podkręconej publiki, tu już był szturm i parcie do przodu, dziki entuzjazm i nie mniej dzikie reakcje tłumu. Ogólnie - szaleństwo. Zaczęli od "Lysergik Funeral Procession", później „Ghosts Along the Mississippi” ale setlista oparta głównie na „NOLA” - tu już na słuchaczy działała nostalgia wykręcona na full. Anselmo w doskonałej formie, ekipa na scenicznym luzie, muzyka podana doskonale i świetna atmosfera koncertu i na scenie i w publice.

Finał trwającego godzinę i 15 minut koncertu kolejno przy dźwiękach „Stone the Crow”, „Eyes of the South” i „Bury Me in Smoke” grane do spółki z kuzynami z poprzedzających składów i przekazywaniem instrumentów w trakcie - jedna wielka Downowa rodzina znad Missisipi. 

Z „Over The Under” dźwiękowo nic, za to była reprezentacja „Over The Under PUB” z Bydgoszczy - i zespół i klub: tak tylko piszę, gdyby jakaś kapela zastanawiała się gdzie w Bydgoszczy odbywają się koncerty. No co? Lokalny patriotyzm.



BLACK LABEL SOCIETY   Main Stage Scenę główną zamykał Amerykanin z New Jersey w szkockiej spódnicy - na pełnym wypasie dźwiękowym i produkcyjnym. Tak właśnie headlinerzy dekorują / świecą scenę na pełnej ku… damie, której cnotę warunkuje ekonomia. Istna gwiazdka dla fotografów. Tylko Zakk jakiś skupiony bardzo…

Ciężko uwierzyć, że urodziwe blond dziewczę z tapirowaną koafiurą, towarzyszące na scenie panu Osbourne’owi w kolorowych latach osiemdziesiątych stanie się idolem brodatych twardzieli dosiadających ryczących maszyn. Tak się jednak stało, i choć nadal blond i w spódniczce, to już brodaty i przynajmniej tak twardy jak niegdyś używki Ozzy’ego - Zakk obecnie na scenie pojawia się w nimbie guru gitarowych onanistów, pożeraczy ciężkich riffów, bóstwa fanatyków zgrupowanych w oddziałach na wzór formacji klubów motocyklowych gdzie za Mother Chapter robi sam band i wreszcie idola pospolitych w tym zestawieniu, zwykłych zjadaczy heavy metalu. Co prawda Johnnie Walker Black Label nie jest już głównym trunkiem Zakka, który postanowił nieco zadbać o zdrowie, jednak na zmianę nazwy na Water Society raczej się nie zanosi.

Imponująca scenografia sceny, trzypoziomowa ściana wzmacniaczy Marshalla ze szczerbą na perkusję, ogromny backdrop w tle i podest wyłącznie dla pana Wylde’a na froncie przy przystrojonym czaszeczkami i krzyżem przyczepionym trytytką statywie mikrofonu. Twardziej się zwyczajnie nie da.

Z twardą konsekwencją czaszki zdobią banner główny, membrany bębnów i w kombinacji ze sporym metalowym krzyżem również front perkusji obsługiwanej przez Jeffa Fabba. Skład uzupełniają John DeServio równo dwie dekady z Zakkiem na scenie i Dario Lorina, którego gitara przełamuje zakkowy monopol na strunowe dźwięki całkiem często. Intro w postaci „Whole Lotta Sabbath” i faktyczny start przy „Funeral Bell” z „The Blessed Hellride”. W marcu BLS dołożyło kolejną produkcję do dyskografii - „Engines of Demolition” z której dział promocyjny obejmował: „Name in Blood” i co oczywiste i spodziewane „Ozzy’s Song”

Jasne światło zalało scenę, a słuchaczy zalały gitarowe dźwięki i charakterystyczny wokal Zakka, na tle gitar brzmiący jak wyeksploatowana syrena alarmowa. Świetne nagłośnienie, tnące uszy riffy Wylde'a i Loriny, zachwycona publika i uśmiechnięty John DeServio, który mimiką i radosnymi wygibasami z basem zabierał Zakkowi nieco uwagi publiki. Nie zabrakło gitarowej solówki, która dla prostego słuchacza przypominała dziesięciominutową dźwiękową czkawkę.

Podobnie do przedłużanych dźwięków w partiach gitary, bardzo powtarzalnie wypadła choreografia pana Wylde’a z wymachami prawą ręką po każdym uderzeniu strun oraz zamiatanie piórami na podeście w blasku reflektorów – urozmaiceniem było szarpanie strun z gitarą na karku. Zmieniały się i to nader często gitary, głównie już  jego własne produkcje Wylde Audio Berzerker “Blood Skull” czy Orange Doom Crew Inc. Heathen Grail.

W połowie seta wzruszający moment, złożenie hołdu dla Ozzyego „No More Tears” i dedykowany oczywiście wyświetlanym na telebimach braciom Abbot „In This River” został odegrany przez Zakka na klawiszach, a Lorina miał struny na wyłączność, natomiast publika miała przez oba numery nieco ściśnięte wzruszeniem gardełaka. Finał nastąpił przy „Suicide Messiah”, „Ozzy’s Song” i „Stillborn”. Deszczyk siąpił już bez większego przekonania, jednakże publika chyba straciła zbyt dużo energii na tańcach z Downami.

Po koncercie Zakka kiedy plac całkiem opustoszał, na backdropie sceny pozostało wyświetlone czarno-białe zdjęcie Ozzy’ego…

To wróćmy na sceny pomniejsze… Desert Shrine przykładowo, gdzie deszczyk całkowicie zmył opcję kurzawy towarzyszącej zabawom grupowym - pozostawiając opcję brodzenia w błotku.

PAMIĘTAJ: Jeżeli w czasie deszczu widzisz lukę w tłumie publiki zapamiętaj - tam jest kałuża której eksplorować nikt się nie odważył i powodowany naiwnym optymizmem wpieprzysz się aż miło. Po łydki. Heh… czasami lekcję z naiwności trzeba powtórzyć.


BLACK TUSK Desert Shrine, tą ekipę ostatnio widziałam 13 lat temu, w bydgoskiej Estrada Stage Bar - wtedy było fchuj sympatycznie, tym razem ekipa równie szybko kupiła moją uwagę i sympatię. Nadal stoner, nadal sluge, nadal amerykańskiej proweniencji tyle że znad rzeki Savannah nie Misisipi i jak sami siebie określają - serwują swamp metal, wciągające bagno pierwszej klasy. Sceniczny luz, interakcje między muzykami - band wygląda jak dobrzy kumple mający fchuj radochy ze wspólnego grania. Derek Lynch na basie, James May na perce, Andrew Fidler gitara - wszyscy trzej również wokale oraz najświeższy w składzie od 2018 roku Chris Adams. W 2014 roku zmarł po wypadku motocyklowym Jonathan Athon i trochę czasu zajęło chłopakom pozbieranie się do kupy po stracie kumpla, tym bardziej że gość był z nimi od początku i był cholernie sympatycznym facetem. Od 2024 roku i albumu „The Way Forward” ekipa dorzuciła w tym roku EPkę „Systems of Solitude”. Andrew Fidler z taką energią i entuzjazmem wpadł na scenę, żę pięknie to poleciało w stronę publiki podbijając dynamikę. Black Tusk fajnie wypada na żywo. Tym bardziej że czasowo wklejono ich uprzejmie pomiędzy Eyehategod a Corrosion of Conformity i można było wychodząc spod dużej sceny nie wychodzić zupełnie z klimatu.

CORONER Park Stage Szwajcarski nadzespół, który obok Samaela i wcieleniami Toma Warriora dumnie dzierży berło metalu w tej części Europy, trio które zaczynało jako roadies zespołu Celtic Frost. Niemal cztery dychy lat na scenie - pomijając przerwę, doskonały technicznie thrash metal, który po 32 latach wydał powrotny album - „Dissonance Theory” wydany w październiku zeszłego roku. Koncert był efektowny i dostojny. Skład oryginalny: Ron Royce i Tommy T. Baron w 2014 roku uzupełnił pałker Diego Rapacchietti, a wersji live ekipę na scenie klawiszami wspiera poważny jak karambol na autostradzie Daniel Stössel . Otwarcie i prowadzenie seta najnowszym krążkiem, na 7 pozycji 4 stanowiły dział promocyjny:  „Consequence”, „Sacrificial Lamb” i później „Symmetry” oraz „Renewal” na finiszu. Ze starszych numerów było „Divine Step (Conspectu Mortis)”, „Masked Jackal”, „Grin (Nails Hurt) - przy czym o ile nastroje na scenie i w publiczności były pozytywne bardzo, to dźwięk strun chwilami wędrował gdzieś indziej.


SEVERE TORTURE Sabbath Stage - death metal z Holandii z trzydziestoletnim stażem scenicznym powróciło po 14 latach przerwy albumem „Torn from the Jaws of Death” z 224 roku. Świetlik niejako docenił skład, bo widziało się muzyków na scenie i więcej niż tylko pana gardłowego Dennisa Schreursa, aczkolwiek do pałkera lumeny nie doleciały. 




BENEDICTION Na Desert Shrine mikrofon dzierżył Dave Hunt, bo Dave Ingram dawny frontman zespołu ustąpił ze swego stanowiska z powodu postępującego artretyzmu. Hunt już na wstępie wspomniał Ingrama z prośbą, żeby życzyć mu jak najwięcej zdrowia. Jeszcze dawniejszy frontman - ziom ekipy z Birmingham obecnie krzyczy krótko i zwięźle na ludzi w Napalm Death.

Weterani oldschoolowego death metalu prezentują najnowszą dziewiątą produkcję studyjną  "Ravage of Empires" z 2025 roku - jednocześnie pierwsze wydawnictwo Benediction z Nikiem Sampsonem na basie. Dołączył on do grupy w 2023 roku, zastępując Dana Bate'a. Ekipa w doskonałych nastrojach, publiczność mimo cały czas przeciekającego nieba ładnie towarzyszyła reakcjami - mimo, że na Park Stage grał Death to All - wszyscy nazywający DTA coverbandem zostali na koncercie Benediction - i niewątpliwie bawili się doskonale.




DEATH TO ALL Park Stage Death To All tworzą kuple sceniczni Schuldinera: Steve DiGorgio, Gene Hoglan, Bobby Koelble, front przejął Max Phelps (Cynic), więc coverband to nie jest, tym bardziej że repertuar podawany jest solidnie, szczerze i autentycznie, a taki sposób uczczenia pamięci i twórczości Chucka Shouldinera uznaję za bardzo na miejscu. Tym bardziej, że ekipa na scenie, na pełnym luzie miło bawiła się koncertem, co elegancko przechodziło na publikę. Sekcja rytmiczna legendarna, Gene’a Hoglana ledwo było zza perkusji widać, za to bosy Steve’a DiGiorgio upodobał sobie krawędź sceny porażając pierwsze rzędy mimiką.  Setlista przekrojowa: „Zombie Ritual”, „Lack of Comprehension”,  „Symbolic”, „Living Monstrosity”, „Pull the Plug” i „Spirit Crusher” na finale.


FULCI Sabbath Stage sama nazwa inspirowana nazwiskiem Lucio Fulci - włoskiego reżysera, scenarzysty i aktora, „ojca chrzestnego gore” nasuwa już pewne skojarzenia w kwestii subtelności tematyki i dźwięków. Sam pan Fulci sławę dzięki brutalnym horrorom i filmom w stylu giallo, które wyróżniają się mrocznym klimatem i mocnymi efektami specjalnymi, a włoski skład przekłada cały ten urodzaj makabry na Brutal Death Metal aczkolwiek prosty w konstrukcji. Tu świetlik ochrzanu nie zbierze, bo uwaga publiki była kierowana głównie na telebim z wizualizacjami w tle sceny.




ROTTING CHRIST Desert Shrine - Grecja nie ma słabych koncertów. Zwyczajnie. Na Mysticu kraj oliwek i starożytnej historii reprezentację miał zajebistą: Rotting Christ, Septicflesh i Yoth Iria. Rotting Christ mokry plac przed Desert Stage szczelnie wypełniło moknącym tłumem. Po tylu latach częstych odwiedzin w naszym kraju panowie Tolisowie bazę zdeklarowanych fanów wypracowali sobie solidną. Rotting Christ to nie tylko niekwestionowana legenda metalu, która niedawno świętowała 35-lecie muzycznej działalności (za chwilę im pierdalną cztery dyszki), ale także grupa, która nadal rośnie i ewoluuje, nie tracąc przy tym autentyczności dziedzictwa, które stworzyła, koncerty natomiast są znane z intensywnej energii, mrocznej atmosfery i hipnotyzujących kompozycji. Nie inaczej było tym razem, co potwierdzała żywo reagująca publika.



ELECTRIC WIZARD Park Stage tu ekipa postawiła na dźwięk i klimat. Wizualnie określić można to pożarem w fabryce opon, dym spowijał szczelnie i scenę i publikę, dokładany regularnie nie pozwolił zbytnio obejrzeć wizualizacji wyświetlanych na ekranie tła sceny. Jeżeli pan od dymienia minimalnie przysnął, dało się zobaczyć ostatniego z oryginalnego składu Jusa Oborna na froncie sceny, a jeżeli wiatr zawiał silniej to nawet Liz Buckingham i Glenna Charmana - wszystko to w złowieszczym czerwonym sosie lamp, które ledwo sączyły światło pod dyktando muzyki. Dźwięki o lekkości ołowiu i brzmienie tak ciężkie że zwiększało grawitację trzymały twardo słuchaczy pod sceną. Klimat mroczny niczym czarna dziura wciągał skutecznie, toczył się wolno niczym zastygająca lawa, doznania serwując cokolwiek hipnotyzująco psychodeliczne w tematach okultyzmu, Lovecrafta i maryśki.



PRIMORDIAL całkiem uprzejmie wpasował się w klimacik powizardowy posępną i depresyjną atmosferą. Irlandczykom produkującym black / pagan metal pykło trzydziestolecie działalności scenicznej, co elegancko widać w sposobie obecności ekipy na scenie - nonszalancki luz i niezmiennie wzmożona ekspresja Alana Nemtheanga Averilla z gustownym stryczkiem w roli krawata. Od 2023 i „How It Ends” w kwestii wydań studyjnych nie doszło nic nowego, a z ostatniej produkcji wpadł „Victory Has 1000 Fathers, Defeat Is an Orphan” oraz koncertowe must be: „Empire Falls”, „The Coffin Ships” i „As Rome Burns”.


Na Park Stage już po północy wystąpił CARPENTER BRUT czyli Franck Hueso, francuski muzyk darksynth pochodzący z Poitiers we Francji. Trio na scenie zdominowanej wizualnie ekranem zaserwowało publice muzykę do nieco żywszych podrygów, tak żeby chłodek nocny ich nie wypędził z terenu stoczni. Jako intro wleciało "Everybody” Backstreet Boys - dość ryzykownie rzucać takim numerem w uszy metaluchów przepełnione całodziennym pochłanianiem black/death metalu. Impreza dla tych najwytrwalszych się raczej udała.


Zamknięcie festiwalowego deszczowego piątku na Sabbath Stage przypadło również Francji za sprawą duetu EIHWAR. Mimo późnej pory, a może też dzięki ochłodzeniu oraz urokowi osobistemu Asrunn  - klub ładnie zaludniony. I tu ewidentnie świetlik się postarał i miło z jego strony, bo męska część publiki zdecydowanie słuchała pląsającej boso i dziko wokalistki również oczami. „Music for Viking dancefloors” pobujało publiką przywożąc świeżą płytkę „Hugrheim”, o ile Mark trzymał się tyłów, to skąpo odziana w skóry Asrunn upodobała sobie krawędź sceny, będąc możliwie blisko fanów w pierwszych rzędach. 

Muzyczna wariacja na temat co by było gdyby Wikingowie odkryli syntezatory i techno - nordycka saga w tonacji chaosu, przeznaczona do wywołania transu w każdym klubie lub polu bitwy. Ciut późno zaczęli z twórczością i przez to Techno Viking tuptać musiał do randomowych dźwięków podczas Fuckparade w Berlinie w zamierzchłym roku 2000 zamiast do nordyckiego folku, muzyki rytualnej i elektronicznych bitów w stylu trance.

Deszcz dzielnie brał udział we wszystkich koncertach, ominął jedynie Sabbath Stage z wiadomych względów - ale też miał swoje preferencje starając się jakby bardziej podczas niektórych występów. Drobne nieporozumienie pomiędzy chmurą a grawitacją zamiast być zjawiskiem pogodowym, stało się pełnoprawnym uczestnikiem wydarzenia i jeśli jest coś, co ludzie potrafią świetnie robić, to ignorowanie rzeczywistości, gdy akurat dobrze się bawią.


06.06.2026 Dzień trzeci Mystic Festival 2026

1. 16:30 YOTH IRIA                Sabbath Stage

2. 17:30 ACID KING                Desert Shrine

3. 17:45 EVERGREY              Park Stage

4. 18:30 TURBO                      Main Stage

5. 19:15 SCOUR                     Desert Shrine

6. 19:30 PAIN                          Park Stage

7. 20:30 MASTODON              Main Stage

8. 21:00 BØLZER                    Sabbath Stage

9. 21:15 SEPTICFLESH          Desert Shrine

10. 21:45 SAXON                 Park Stage       

11.    23:00 BEHEMOTH          Main Stage 

12. 00:00 FROG LEAP         Desert Shrine

13. 00:30 THE GATHERING  Park Stage

14. 00:45 MASTER BOOT RECORD Sabbath Stage


06.06.2026 SOBOTA - dzień trzeci Mystic Festival 2026

Słońce wróciło w ostatni dzień festiwalowy - sobotę. Ten ciężki dzień kiedy człowiek radośnie przyzwyczaił się do beztroski i miło spędzanego czasu na festiwalowaniu, aż naglę z subtelnością młota pneumatycznego wali w potylicę świadomość, że już za chwilę trzeba będzie wrócić do szarej i męczącej rzeczywistości, gdzie radosną nieważkość, dobry humor i sporą część doby kradnie praca w imię zapłaconych rachunków. Tu robiło się nawet smutniej wiedząc, że unikatowy stoczniowy industrialny klimat i dumne żurawie towarzyszą dźwiękom eklektycznie metalowym ostatni raz…

Tego dnia dwa koncerty interesowały mnie bardzo: Pain, bo zwyczajnie lubię eklektyzm twórczości Petera i The Gathering - dla mnie headliner festiwalu i koncert na który nawet już nie czekałam… a tu masz. Prezent od Mystic Festival przepiękny. Podziękowała!


YOTH IRIA
Sabbath Stage czyli stabilna i profesjonalna druga reprezentacja Grecji na Mystic przywiozła trzeci w dyskografii album studyjny "Gone with the Devil" - jeszcze cieplutki bo z maja, w konwencji blackmetalowej serwując lirycznie romantyczny satanizm i okultyzm. Poprzedni album "Blazing Inferno" z 2024 roku był pierwszą płytą grupy z He - Rosjaninem Rustamem Shakirzianovem na wokalu. Dołączył on do formacji w 2023 roku, zastępując Magusa. Z oryginalnego składu pozostał Jim Mutilator czyli Dimitris Patsouris który w Rotting Christ obsługiwał gitarę basową i nagrał z zespołem trzy albumy. Skład uzupełniają Vasilis Stavrianidis na perce, oraz gitarzyści Nikolas Perlepe i Naberius.


Desert Shrine opanował ACID KING czyli stoner, doom i psychodelia amerykańskiej proweniencji opadające wolno i ciężko na słuchaczy niczym topiąca się smoła w radosnym słoneczku. Niefortunnie skleił się rodzaj brzmienia z wesolutkimi okolicznościami przyrody. Lori Steinberg i Bryce Shelton raczej statecznie utrzymywali poważne miny, natomiast pałker Jimmy Perez, który dołączył dokładnie rok temu - miał wyjątkowy zaciesz robiąc doom.

Ekipa elegancko zaserwowała kultowy album „Busse Woods” z 1999 roku - tyle ile zmieściło się w 40 minutowym secie, gdzie dźwięki zanim trafiły do uszu słuchaczy miały czas zastanowić się nad sobą, walnąć kwas i odwiedzić kilka równoległych wymiarów, przejść kryzys egzystencjalny żeby znów być zwykłymi decybelami podlegającymi prawom fizyki. Piękne ciężkie granie tak jak ciężka inspiracja nawiedziła ekipę w kwestii nazwy - ksywy Ricky'ego Kasso który morderstwem wywołał „satanic panic” w kolorowych latach 80-siątych.



EVERGREY
Park Stage - sympatyczni Szwedzi grający w pięcioosobowym składzie przyjemny gothic metal łączony z metalem progresywnym od 1996 roku. Park Stage w oślepiającym słoneczku, szczęśliwie nie wypalającym wizualizacji z ekranu backdropa - dzięki czemu koncert zyskał przepiękną oprawę sceniczną. Aktualnie Tom S. Englund jest ostatnim członkiem formacji z oryginalnego składu, a ostatnia zmiana dotyczyła odejścia Henrika Danhage, którego zastąpił Stephen Platt (Scar Symmetry, Devin Townsend) wyglądający jak sierżant Oddball, na scenie prezentując ten sam nonszalancki luz. Skład uzupełniają Rikard Zander obficie zamiatający piórami klawiaturę, Johan Niemann statecznie dzierżący bas oraz dziki Simen Sandnes który w składzie od 2024 roku niezwykle sadystycznie i eksprezyjnie znęca się nad perkusją.

Evergrey przywiozło najnowszą produkcję studyjną, która premierę miała dosłownie dzień przed koncertem na festiwalowej scenie „Architects of a New Weave”. Jest to piętnasta pozycja w dyskografii składu - niemal tyle samo co zmian personalnych w ciągu trzech dekad kariery scenicznej. Z działu promocyjnego weszły trzy numery „Heaven”, „The World Is on Fire” i tytułowy „Architects of the New Weave”, poza tym przekrojowo: od „Falling From the Sun” i „Where August Mourn” po „OXYGEN!” na finiszu. Bardzo sympatyczny koncert, fajna ekipa i niewymuszone żywe reakcje publiki.



Na Main Stage TURBO wystąpiło jako zastępstwo Static-X i w sumie patrząc na staż na cholernie niełatwej dla muzyków polskiej scenie metalowej ekipa zasłużyła sobie wydatnie. I kichać w tym momencie importowanych uczestników festiwalu - polska publika, na polskiej kapeli bawiła się świetnie. Były thrashowe klasyki "Ostatni wojownik" oraz "Kawaleria szatana cz. I". Nieco „atrakcji” wprowadzono wokalnie, bo finalne "Dorosłe dzieci" dośpiewywał ze Struszczykiem Grzegorz Kupczyk, natomiast z drugim mikrofonem od początku koncertu pojawił się brat Tomasza - Bartek Struszczyk. Jeszcze chwila a polscy weterani heavy metalu będą obchodzić półwiecze scenicznej działalności - tu średnia wieku wydatnie się podniosła przy barierkach i z dużym zaangażowaniem gardeł słuchaczy wybrzmiały „Dorosłe…” ale jednak gdzieś tam w środku nadal dzieci.




SCOUR
na Desert Shrine - znowu prośba „Anselmo dej klapka” na barierce. Anselmo człowiekiem renesansu jest niedocenionym, bo co chwilę niesie go - boso oczywiście - w kolejne rejony muzyczne, a to krótki romans z hardcore punk, industrial sludge czy southern rock/folk i ambient black metal - przy czym nie ogranicza się do wokali łapiąc za gitarę, bas czy perkusję.

Na Mystic Festival razem ze Scour przyniósł go black metal, czynnie uprawiany w formacji od 2015 roku. Towarzyszyła mu ekipa muzyków która ma długą listę bandów po przedrostu „ex” w biografii, a w roli technicznego Kirk Windstein z Down. Najwyraźniej ilość projektów w których udziela się pan Anselmo wymogła fascynującą atrakcję sceniczną na miarę pirotechniki - growlowanie z kartki. Black metal Scour na scenie prezencję miał elegancką - odprasowane idealnie czarne koszule, muzycznie nie było źle, w końcu ekipa jest solidna, pozostaje ograniczona ekspresja wokalisty wskutek uważnego śledzenia literek.






PAIN Park Stage. Dzień wcześniej ekipa Petera Tagtrena bujała Czeskimi fanami na Metalfeście który tam przetrwał więcej niż dwie edycje jak w Polsce - skąd kumpel w ramach straszenia podesłał zdjęcie wywołujące raczej troskę o kondycję psychiczną kostiumologa formacji - ktokolwiek wymyśla im te potłuczone wdzianka. Potem było nawet ciekawiej, bo odzienie poszło sobie całkowicie gdzieś indziej.

Przed koncertem Peter cierpliwie zbijał piątki i autografował fanom stojącym w sporym ogonku pod budą ESP Gitars.

Peter ze swoją nadpobudliwością muzyczną, pewnego dnia stwierdził że Hypocrisy, własne Abyss Studio obsługujące całą Skandynawię i nazwy z górnej półki (Dimmu Borgir, Sabaton, Children of Bodom, Belphegor, Celtic Frost, Marduk, Therion czy Immortal. Dobra, chuj, łatwiej wymienić komu nic nie produkował…), to za mało atrakcji i uznał że zwykły metal jest stanowczo zbyt spokojnym sposobem spędzania wieczorów. I tak powstał PAIN.

Wrzućmy industrialny metal, szwedzki chłód, sporo dystansu i nonszalancji scenicznej oraz trochę absurdalnej filozofii do jednego kotła razem z Tägtgrenem i podkręćmy głośniej fchuj. Koncert PAIN nie jest wydarzeniem muzycznym, ale niekontrolowanym przypadkiem zbiorowej utraty rozsądku, natomiast dystans jest niezbędny do miłego odbioru koncertu. Ktokolwiek z mrocznych jak kolonoskopia Lucyfera metaluchów wykazywał lekceważenie i wylewał złośliwości wspomnę tylko - panu Tagtrenowi jest z tego powodu niebywale wszystko jedno. Gość sam po szwedzku nagrywał chórki Sabatonom na Carolusa, żeby wypchnąć ich w terminie ze studia - po czymś takim już nic go nie rusza.

Ciężkie, metalowe riffy, elektronika, syntezatory, chwytliwe refreny i rytmy, przy których człowiek odkrywa, że można jednocześnie headbangując wesolutko tańczyć. To industrial metal, ale z wyjątkowo silnym instynktem do melodii. Jest alienacja, śmierć, narkotyki, ufoludki, przygnębienie i różne odmiany życiowego absurdu, ale także i co najważniejsze — od cholery ironii. PAIN gra muzykę dla ludzi, którzy odkryli, że życie nie ma instrukcji obsługi, nie odpowiada na reklamacje, a najrozsądniejszym rozwiązaniem pozostaje mieć wszystko w częściach zadnich. Ta muzyka potrafi równie dobrze funkcjonować na wielkiej festiwalowej scenie, jak w klubie. Na perkusji aktualnie z tatą jeździ po koncertach Sebastian Tägtgren.

Wjazd na scenę nastąpił przy dźwiękach „Same old song” i w kreacjach a’la dystyngowany menel inspirowany Mad Maxem - wyjazd z kolei już w typowym dla Petera kaftanie bezpieczeństwa i uprzejmym „Shut Your Mouth”. Był dość obszerny dział promocyjny albumu „I Am” z 2024 roku, ale też stare znane i lubiane: „End of the Line”, „I'm Going In” jako jedyny reprezentant bardzo fajnej płyty „Cynic Paradise” czy „Call Me” nagrane i czasem wykonywane z Brodenem z Sabaton. Szczerze? Setlista bez szału, bez brzmiącego świetnie na żywo „Eleanor Rigby”, bardzo optymistycznego w moim stylu „Have a Drink on Me” którego na żywo nie udało mi się trafić, czy uprzejmego „Designed to Piss You Off”.

Gdzieś w połowie seta wpadły wdzianka w stylu emeryckiej wycieczki na Florydę z akcentem striptizerskim Petera, który publice pokazał pionowy uśmiech. Swój własny, zlokalizowany tam gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę. Największą siłą występu była jednak energia. Miła odmiana po poprzednikach scenicznych, odpowiednia dawka pełnych dynamiki dźwięków została załadowana w uszy i pobujała publikę nieco żywiej.



MASTODON Main Stage - mój pierwszy raz bez Brenta Hindsa, którego miejsce zajął gitarzysta Nick Johnston. Reszta składu bez zmian: wokale i perkusja we władaniu Branna Dailora, poważny śmiertelnie Bill Kelliher gitara i João Nogueira klawisze, no i oczywista bas plus głos Sandersa na froncie. „Crazy Train” jako intro i pierwszy numer „Tread Lightly”. Wejście energetyczne bardzo,
Troy Sanders dynamikę miał wybitną, jakby robił za dwóch na scenie, statykę wykazując wyłącznie kiedy przytrzymał go mikrofon. Ekipa na scenie wyluzowana, były interakcje między muzykami i te kierowane do publiczności. Sanders dziękował polskiej publiczności za wsparcie i zawsze miłe reakcje od zawsze, nawet kiedy byli początkującym bandem dwadzieścia lat wcześniej, a publika docenienie odpłaciła skandowaniem „Mastodon” w każdej przerwie między utworami.

Hindsowi zadedykowany został numer z nadchodzącej płyty „Your Ghost Again” na koniec którego na telebimie tła pojawiło się zdjęcia zmarłego muzyka, poza tym wybrzmiał przekrojowy, mocno koncertowy zestaw klasyków: „Megalodon”, „I Am Ahab” i  „Crack the Skye”. Mocny finał dały „Mother Puncher”, „Steambreather” i zamykający „Blood and Thunder”. Świetny zagrany koncert ekipy z Atlanty, potwierdzony reakcją publiki. Za całą scenografię robił ekran tła i Randy Rhoads z gitarą polka-dot na membranie centrali Dailora. Wystarczy - tu muzyka się broni sama, bez efektów dodatkowych, teraz pozostaje poczekać na nowy album.


BØLZER
Sabbath Stage bez ściemniania - w tym względzie wyręczył mnie świetlik zresztą: 5 min pod sceną zawierającą panów Fabiana Wyrscha, oraz Okoi Thierry’ego Jonesa nie upoważnia mnie do komentowania czegokolwiek. Ciut im się strojenie przeciągnęło, a za ścianą na Desert Stage po raz trzeci podczas tej edycji festiwalu wjeżdżała dumnie Grecja, więc...




SEPTICFLESH
Desert Shrine Grecki deathmetal jak zwykle zabrzmiał potężnie, ciężko i majestatycznie. Ascetycznie oświetlona scena, niebieskie światło, pionowe słupy reflektorów ledwo przebijające mrok i nader poważna ekipa Setha elegancko prezentującego się na scenie.

Na wstępie ciężki „Portrait of a Headless Man”, przeszedł w „Neuromancer” , dźwięk dobry, ładnie słychać growl przechodzący często w potężny ryk Spirosa ‘Setha’ Antoniou, rozpędzająca się niebezpiecznie lub też na korzyść ciężaru zwalniająca perkusja Kerima Lechnera, agresywne gitary Christosa Antoniou i Sotirisa Vayenasa. Septicfesh jest zdecydowanie wart usłyszenia na żywo, minimalna konfenansjerka Setha nie męczy, klimat na scenie jest adekwatny do ciężaru gatunkowego dźwięków. Sporo znanych kawałków wywołujących dziki entuzjazm publiki: „Communion”, „The Vampire from Nazareth”, ekipa skupiona na graniu i obfitym machaniu piórami, jedynie Seth jednoręczną gestykulacją przywoływał na myśl tancerki flamenco.

Albumem „Communion”, a konkretnie utworem „Anubis” i „Dark Art” z Codex Omega Septicflesh zakończył występ w iście piekielnym stylu. Septicslesh czyli epicka, tworzona z antycznym wręcz rozmachem, urozmaicona chórami i wzbogacona symfonicznymi aranżacjami metalowa uczta. Grecy pokazali, że połączyć symfonie i metal potrafią jak mało kto, i efektownie, i przyswajalnie.




Dżentelmeni metalu SAXON
koncertem wnoszą jeden istotny wniosek: szczelnie wypełniony plac przed Park Stage, obłożenie frekwencyjne, reakcje publiki krzyczą o jedno - więcej klasyków i heavymetalu na Mystic Festival. Bo metal drodzy państwo niezależnie od metryki muzyków czy publiki nie ma terminu ważności.

Weterani NWOBHM wchodzą jak złoto i jak prawdziwego złota mało ich w festiwalowym lineupie. I ni cholery nie wypada komukolwiek wypominać metryki, bo koncert żywiołowość i dynamikę miał tak imponującą, że młodsze składy mogą wpadać z powodzeniem w kompleksy.

„Biff” Byford śpiewa w Saxon tak długo jak ja żyję, przekroczył 75 na liczniku życia, dopiero co pokonał raka a jednak mam wrażenie, że na scenie tego wieczoru miał więcej energii niż ja. Ekipa w miarę stabilna przez te wszystkie lata, widać sympatyczne interakcje na scenie, doskonałe nastroje i szczere uśmiechy muzyków. Jeden uśmiech tylko zginął w kłębach dymu - „Nibbs” Carter miał przerąbane z dymarką wycelowaną w swoje „stanowisko” i większość seta spędził przed perkusją, okazyjnie wpadając tylko podstroić cztery struny. „Denim and Leather” zabrzmiało jak wielki hymn całej metalowej społeczności. „747 (Strangers in the Night)” poderwało tłum, „Wheels of Steel” pokazało, że legendy się po prostu nie starzeją. Setlista przekrojowa - Saxon przez 75 minut częstował uszy tym co ma najlepsze, finiszując dobitnie „Crusader” i „Princess of the Night”.

Perfekcyjnie podany oldschoolowy heavy metal w najlepszym brytyjskim wydaniu z energią erupcji wulkanu - jakby to nie była piąta dekada ich działalności scenicznej z 24 albumami w dyskografii. Esencja heavy metalu który wciąż brzmi głośno, autentycznie i cholernie dobrze – mocne riffy, charakterystyczne melodie, rytm wymuszający machanie czaszką i refreny, które tysiące gardeł ryczało razem z zespołem - potwierdzenie że koncert zajebiście się udał. Nam pozostaje grzecznie poczekać na 25 produkcję studyjną ekipy - „Gods of Thunder”, którego premiera została zapowiedziana na 22 stycznia 2027 roku.

Jeżeli ktoś zastanawiający się nad lineupem MF 2027 cierpiałby na brak pomysłów to za ciocią wiki pod hasłem Saxon powtórzę: Stratovarius, Grave Digger, W.A.S.P., Rush, Running Wild - przy czym ci ostatni na wielkiej scenie, bo za kija im się energia na takim Park Stage nie zmieści. Trochę powermetalu byłoby również mile widziane.

GAAHLS WYRD Sabbath Stage, żeby się wprowadzić w nastrój mroczny i ciężki jak atmosfera na stypie przed koncertem na scenie głównej. Bez zdjęc gdyż albowiem mhhhhrok...





BEHEMOTH
na Mystic Festival — czyli apokalipsa z bardzo dobrym nagłośnieniem

Efektownego zamknięcia Mystic Festival na scenie głównej dokonała delegacja ministerstwa do spraw końca cywilizacji prosto z piekła - Behemoth i była to egzekucja przygotowana z dużą starannością. Nie było subtelnie, było ogniście, monumentalnie, ciężko i precyzyjnie. Behemoth od dawna nie potrzebuje udowadniać, że potrafi być głośny. Bywały festiwale kiedy dało się odczuć wręcz fizycznie, że ich technik przejmując konsolę jedzie „up to eleven” wykręcając w piździec gwint gałki i wypuszczając dzikie decybele na wolność, jakby dostał za zadanie przesunąć kilka organów wewnętrznych i priorytetów życiowych u wszystkich znajdujących się w polu rażenia.

Inferno siedzi za perkusją i wygląda, jakby ktoś do składu zatrudnił machinę oblężniczą. Jego partie są szybkie, precyzyjne, a przeciętny metronom dość szybko zaczyna modlić się o przetrwanie. Orion mający do dyspozycji cztery struny wygląda niezmiennie na gościa, którego lepiej nie wkur…zać. Gitary Setha i Nergala tworzą ścianę dźwięku, ale nie taką zwyczajną ścianę, pod którą można sobie stanąć i odpocząć. To raczej ściana, która właśnie ruszyła w twoją stronę rycząc wściekle.

Nergal nie tyle wychodzi na scenę, co pojawia się na niej w pełnym przekonaniu, że scena od dawna na niego czekała i wygląda, jakby właśnie został szefem jakiegoś bardzo źle rokującego kultu i miał pięć minut na przygotowanie apokalipsy. Trudno zresztą oczekiwać skromności od człowieka, który od lat konsekwentnie kontroluje image balansując pomiędzy antychrystem, a biskupem wybitnie złej diecezji. Makijaż jest dokładny. Stroje są teatralne. Ozdoby są interesujące. Ku mojemu rozczarowaniu zrezygnował dawno z kurzych łapek - nie kojarzyć z medycyną estetyczną i aktualnie na klacie prezentuje korale. Najciekawsze jest to, że Nergal potrafi tę przesadę sprzedać, bo gdy tylko zaczyna śpiewać, cała ta teatralność przestaje być żartem i potrafi dawkować ekspresję, gestykulację i głos akcentując oszczędnie.

Behemoth nie gra koncertu, Behemoth odprawia koncert. Płomienie malowniczo buchały ze sceny, rozświetlając złowrogo stoczniowy nocny krajobraz niczym stado smoków męczonych czkawką synchroniczną na diecie z paliwa rakietowego. Całość przedstawienia zaczęła powoli przywoływać demony z innych dzielnic Gdańska.

Najlepsze jest jednak to, że przy całym tym teatrze muzyka nie blednie pod efektami. Wręcz przeciwnie. Ogień, scenografia, stroje, makijaż i są dodatkiem do czegoś, co samo w sobie jest potężne. Behemoth gra ekstremalny metal z precyzją, która potrafi przekonać kilka tysięcy osób, że piekło może mieć bardzo dobre i precyzyjne nagłośnienie. Ciepła atmosfera którą scena ogniście otula publikę - zostawia wrażenie serdecznej przytulności w obliczu wieczornego chłodku

W momencie spaceru z pochodniami ekipy Nergala przez publiczność na drugą scenę - choć właściwiej było by to nazwać ringiem na którym następuję ciąg dalszy kopania tyłków dźwiękami - przed oczami niczym backflash pojawił mi się niemal identyczny obrazek oglądany minionej jesieni. Tylko że wtedy akcja miała miejsce w Krakowie, a spacer z pochodniami wykonał szwedzki zespół specjalizujący się w wesołych piosenkach o hurtowym zabijaniu człowieków historycznymi konfliktami zbrojnymi.

Na scenie drugiej dumnie wybrzmiał „The Return Of Darkness And Evil” z repertuaru Bathory, oficjalny Mystic Festival Anthem 2026 czyli krew, ogień, zło, ciemność, szatany i te nieszczęsne dziewice co to zawsze mają przechlapane.

Muzyka jest ciężka, scenografia jest ogromna, perkusja morduje czas. gitary brzmią jak karambol na autostradzie, a na środku tego wszystkiego stoi Nergal, który sprzedaje publiczności abonament na wieczne potępienie i sądząc po reakcji tłumu - wszyscy są chętni bo świat zostanie zniszczony, ale na szczęście dopiero po bisach. Na bis jako 14 pozycja setlisty wjechał „O Father O Satan O Sun!”, a całość behemothowej litanii została skomponowana pod hasłem „the best of” uwzględniając wszystko co najlepsze w repertuarze.

Behemoth zakończył Mystic Festival na swoim terenie, w swoim mieście, w sposób adekwatny do kalibru zespołu, który z blackmetalowego podziemia po 35 latach zawziętego zapierdolu wyrósł na jedną z największych polskich nazw eksportowych. Egzekucja koncertowa sceny głównej była brutalna, ostateczna i bezkompromisowa.

Kiedy ostatni płomień zgasł i ostatnia wściekła decybela rozpłynęła się w powietrzu, tłum z konsternacją zauważył, że świat przetrwał. Co było trochę rozczarowujące, bo kiedy większości pozostał przykry powrót do łóżek i w dalszej perspektywie do rzeczywistości - bystrzejsi w podskokach pędzili na Park Stage.

O jedno się przypierdzielę: szanowni państwo pod ognie dajemy światełko kontrastowe w tle - niebieskie zgodnie z paletą barw - wtedy te potoki ogni scenicznych zajebiście podbijają wizualną dynamikę, nie wyglądając jakby ktoś w ciemnym zaułku odpalał papierosa, niknąc w ciemnościach. Wszystko…



FROG LEAP
zamykało festiwalowe granie na Desert Shrine - akcent cokolwiek kabaretowy. Projekt Leo Moracchioliego, zamieszkałego w Norwegii muzyka, specjalizującego się w nagrywaniu coverów i recenzowaniu sprzętu muzycznego. Jak dotąd zarejestrował on swoją interpretację ponad czterystu utworów, w tym utwory Dire Straits, Adele, Awolnation, Lady Gagi, Gorillaz, Toto, Boba Marleya czy Michaela Jacksona. Na żywo lidera Frog Leap wspierają Hannah Boulton na wokalu, Erik Torp na basie, Rabea Massaad na gitarze oraz Truls Haugen na perkusji. Pod scenę na czas wykonania zdjęć i obserwacji wygibasów nieco neurotycznego króliczka dyrygującego tłumem ściągnęły mnie backdrop z sympatyczną rzekotką i grany akurat „Ghostbusters”. Pojawiły się jeszcze: Zombie The Cranberries, Killing in the Name Rage Against których wysłuchało całkiem sporo ludzi.

Ja nie bo Anneke…




MASTER BOOT RECORD
zamykało Sabbath Stage, gdzie bezczelnie wykonałam zdjęcia w przyzwoitym świetle w trakcie… próby, przynajmniej człowiek dojrzał na monitorze z odpalonym DOSem figurkę Generała Daimosa czy tam innego robota z mecha anime, bo chłopaki ewidentnie szykowali się na wizualizacje ekranowe - czyli uja muzyków byłoby widać. Ekipa z Italii od dziesięciu lat para się industrialnym, electronicznym metalem z elementami synthwave/chiptune, tytuły albumów mają fajne „Floppy Disk Overdrive” czy EPka „C​:​\​EDIT AUTOEXEC​.​BAT”. Grono młodszych słuchaczy kibicowało próbie - czyli mimo że był to całkowicie, beznadziejnie i absolutnie ostatni koncert całego festiwalu Mystic 2026 - nie groziło im granie do pustej sali, kiedyś nadrobię.

Ja strzała na Parkstage bo Anneke…







A teraz młodzież idzie lulu bo generacja X odpala nostalgię pt. „kiedyś to były czasy…” (teraz już nie ma czasów gwoli ścisłości)

The Gathering na Mystic Festival czyli kiedy wszyscy przypomnieli sobie, że starzy, mają wspomnienia i duszę…

Dawno, dawno temu kiedy słuchawkę telefonu można było z impetem rżnąć na widełki (jak mi cholernie tego brakuje), wszelkie napoje z mlekiem włącznie kupowało się w upiornie ciężkich szklanych butlach, szczytem luksusu był talerz satelity na balkonie i MTV w telewizorze w domu, jakiś czas po premierze albumu wsadziłam kasetę w Klaudię RMS-801 (nadal działa) z wyjściem na głośniki ustawione na górze gustownej PRLowskiej meblościanki i przepadłam.

Przez długi czas głos Anneke łagodził mi nocami ciężkie zderzenie z matematycznymi plugastwami typu trygonometria i logarytmy ha tfu! Bardzo dużo czasu spędzałam z Holendrami kując po nocach - w dzień były ciekawsze rzeczy do robienia i wtedy jeszcze kilka zarwanych nocek pod rząd nie wprowadzało człowieka w stan przypominający coś co kot przywlókł sobie ze śmietnika i zostawił na później.

Po czterech dniach festiwalu człowiek zaczyna przyzwyczajać się do pewnych rzeczy. Do ognia. Do ryku. Do gitar, które brzmią jak wyburzanie dzielnicy, do perkusistów, którzy najwyraźniej mają osobisty konflikt z pojęciem ciszy i personalną urazę do zestawów perkusyjnych, do szalejącego tłumu i wściekłej dynamiki porównywalnej do erupcji przyzwoitego wulkanu.

Ostatniej nocy festiwalowej, na scenę wychodzi The Gathering i robi coś zupełnie abstrakcyjnego...

Doskonały prezent od Mystic -  „Mandylion” obchodził trzydziestą rocznicę premiery i przywiózł nam rocznicowo cały The Gathering oraz wyjątkowy głos i uśmiech Anneke van Giersbergen — wokalistki, która sprawiła, że ten album jest czymś więcej niż tylko dobrą płytą. Był to jeden z tych koncertów, które mają w sobie coś z takiej cichej magii, która polega na tym, że po trzydziestu latach dźwięki wiedzą dokładnie, gdzie człowiek ma serce.

Anneke wyszła na scenę jako dowód na to, że czas jest pojęciem mocno przereklamowanym, niektórych traktuje bardzo łaskawie, a głos Pani Giersbergen chyba wcale nie otrzymał informacji ile to już lat upłynęło, niezmiennie mocny, ciepły i melodyjny. Anneke śpiewa tak, jakby chciała uprzejmie wyjaśnić metalowi który przez większą część swojej historii uważał, że delikatność jest podejrzana, że można być potężnym bez konieczności krzyczenia na wszystko w promieniu pięciu kilometrów.

„Eléanor” zabrzmiało jak wspomnienie z czasów, kiedy muzyka potrafiła być jednocześnie ciężka i romantyczna, nie używając do tego ani jednego różowego serduszka. „Fear the Sea” miało w sobie tę charakterystyczną dla Mandylion mieszankę mroku, przestrzeni i melodii. Gitary były ciężkie, klawisze budowały atmosferę, a nad wszystkim unosił się głos Anneke — tak naturalny, że człowiek zaczynał się zastanawiać, dlaczego właściwie wszyscy inni wokaliści tak bardzo się męczą. Muzyka The Gathering ma zresztą cudowną cechę, nie próbuje cię zaatakować. Ona cię otacza.

Gitary rozlewają się szeroko po przestrzeni, klawisze tworzą mgłę, perkusja trzyma wszystko przy ziemi, żeby przypadkiem nie odlecieć zbyt daleko, a pośrodku stoi Anneke, bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. 

Bez fajerwerków, bez ogni, bez kostiumu czy scenografii godnej hollywoodzkiej produkcji.

Po prostu śpiewa.

Publiczność, przyzwyczajona tego dnia do dźwiękowych odpowiedników o subtelności konfliktu zbrojnego, nagle przypomniała sobie, że istnieją jeszcze takie emocje jak nostalgia i wzruszenie. Niektórzy prawdopodobnie byli tym wyraźnie zaskoczeni. W końcu przyszli na metal, dostali uczucia. To nie powinno być legalne.

The Gathering zamykał festiwal. Po całym tym hałasie, ogniu, mroku i demonstracyjnym gniewie ostatnie słowo należało do muzyki, która nie musiała nikogo pokonać. Ciężar i melodia spotykają się tutaj bez walki, spójnie kompilując mrok i piękno, a człowiek nie potrzebuje już kolejnego końca świata, tylko chwili, w której może stać w ciemności, słuchać „Saturnine” i pomyśleć, że trzydzieści lat to w gruncie rzeczy bardzo krótko. 

Anneke szczerze uśmiechnięta, cała podekscytowana wychodzi do publiczności, śpiewa z niezwykłą lekkością, a publika patrzy na scenę z wdzięcznością jaka pojawia się gdy ktoś wraca po latach i okazuje się, że właściwie cały czas był obecny w naszej pamięci.


Po trzydziestu latach na widowni nie stoją już ci sami ludzie, którzy kupowali Mandylion w 1995 roku. Stoją ich wersje po przejściach, które znają te piosenki od trzydziestu lat. Z siwymi włosami, okularami, dorosłymi dziećmi, kredytami, rozwodami, awansami, porażkami, sukcesami i tymi wszystkimi innymi atrakcjami, których nie było w planach.
W 1995 roku byli młodsi, chudsi i mieli znacznie mniej powodów, żeby narzekać na kręgosłup, jedni mieli długie włosy, ktoś pisał maturę, inny zaczynał studia, jeszcze inny dostał wtedy swoją pierwszą gitarę, a ktoś pierwszy raz usłyszał „Strange Machines”. Trzydzieści lat później technologia zdążyła się zmienić kilkanaście razy. Kasetę zastąpiło CD, potem mp3, streaming, Spotify i w końcu algorytm mówi co masz słuchać.

Jednak „Strange Machine” nadal otwiera drzwi, „Sand and Mercury” nadal ma w sobie tę ogromną przestrzeń, w której można zgubić kilka wspomnień i znaleźć inne. I kiedy Anneke van Giersbergen śpiewała trzydzieści lat później „Saturnine”, można było odnieść wrażenie, że czas na chwilę zrobił to, co czas robi bardzo rzadko. Usiadł cicho w kącie i posłuchał. Niektóre rzeczy się starzeją, a niektóre czekają, żeby przypomnieć nam, kim byliśmy.

Bo jest muzyka, którą my pamiętamy, jest też muzyka, które pamięta nas i spędziła z nami więcej czasu niż ktokolwiek inny…

I tak Mystic Festival dobiegł końca. 
Nie hukiem. Nie eksplozją. Nie rykiem. 
Tylko głosem Anneke van Giersbergen.

Co było trochę jak zakończenie wielkiej bitwy przez wręczenie wszystkim po kubku herbaty.

Dobranoc


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz