2019-10-07

POST SCRIPTUM - XI Summer Dying Loud 2019, Aleksandrów Łódzki - Poland

O festiwalu słów kilka i zdjęcia, ktore nie pojawila się poprzednich galeriach.
W drugie dziesięciolecie Summer Dying Loud wjechał na pełnej ku… ekhm… damie której cnota zawiera pewien element komercji, w formie trzydniowego, pełnometrażowego festiwalu. Pełne trzy dni grania i piękne zróżnicowanie gatunkowe cięższych brzmień.

Nad festiwalem zachwycam się już kolejny raz (relacje subiektywne bardzo z lat 2018, 2017, 2016) i kolejny raz powtórzę – to co wyróżnia Aleksandrów Łódzki na mapie Polski jest właśnie ta jedyna w swoim rodzaju impreza ściągająca z całego kraju kolejny już raz trzy tysiące fanów ambitniejszych dźwięków. Uwzględniając uroki wszelakie okolic to dzięki Summer Dying Loud nieco ponad dwudziestotysięczny Aleksandrów Łódzki nie jest tam gdzie diabeł mówi dobranoc, ale  tam gdzie Lato Kona Donośnie.

Dochodzę do wniosku, że najlepszym momentem każdego festu jest ta pozorna cisza przed burzą, dzień pierwszy, jeszcze przede rozpoczęciem grania, kiedy można na spokojnie wypić piwko, bez pośpiechu, relaksująco. Festiwalowicze dopiero się zjeżdżają nieśpiesznie lokując się na przytulnym polu namiotowym, tłoku nie ma, techniczni nieco nerwowo biegają po terenie, a człowiek sobie siedzi i czeka, aż całość nabierze rozpędu. Perspektywa trzech rozkosznych dni dobrze robi na skołataną codziennością duszę.

Najgorszym momentem każdego festiwalu jest z kolei dzień ostatni, ostatni koncert – kiedy nagle z siłą młota kowalskiego wali człowieka w potylicę myśl odsuwana tak zawzięcie i naiwnie w nieokreśloną przyszłość, że od jutra powrót do szarej rzeczywistości.

Jedenasta edycja Donośnie Konającego Lata w skrócie to: 26 zespołów – w tym 10 kapel importowanych, 34 godziny koncertów, 2 filmy pełnometrażowe, jeden biały fortepian, jedna całkiem konkretna ulewa, podwójny Nick Holmes, trzy tysiące fanów i ekipa zajebiście ogarniająca całość z Tomaszem Barszczem na czele.

SDL to już nie tylko koncerty - to całe wydarzenie muzyczne skierowane do fanów mocniejszych dźwięków, z dodatkowymi atrakcjami również pozamuzycznej natury. Nie mówię tu o rodeo i chętnych do bujania się na mechanicznym byku, a dostarczających całej masy rozrywki gapiom. Na festiwalu miały miejsce dwie projekcje filmów kina plenerowego w ramach łódzkiego Forum Kina Europejskiego Cinergia przy czym nie sposób znaleźć lepszego miejsca niż festiwal metalowy na wspólne oglądanie fińskiego „Heavy Trip” – filmu o tym jak ciężkie jest życie początkującego muzyka i jak trema wyżej wspomnianego wpływa na estetykę pierwszych rzędów. Kolejny film to straszności „Ghostland” francusko-kanadyjskiej produkcji wyświetlane w piątek i sobotę po ostatnim koncercie.

W tym roku – nieco spontanicznie, co ogłaszane było również w trakcie festiwalu pełnowymiarowo zagościła tradycja Meet & greet czy jak kto woli Signing Sessions. Na stoisku z festiwalowym merchem pojawiali się muzycy kolejnych składów wykazujący uprzejmą chęć spotkania się z fanami. Ogonek mniejszy lub większy chętnych na autograf, fotkę czy przybicie piątki z gwiazdami festiwalu karnie ustawiał się przy namiocie śledząc festiwalowe ogłoszenia na bieżąco.

 I tak kolejno z fanami spotkały się ekipy: Onslaught, Aborted, Paradise Lost, Lucifer, Tribulation, Triptykon, Gold i Mustasch. Sklepik festiwalowy poza świetnymi jak zawsze koszulkami, które w tempie ekspresowym znikały z półek, oferował również po raz pierwszy festiwalowe kubki – co i ekologicznie i pamiątkowo ślicznie wypadło.















Kulinarnie zrobiło się bardzo światowo bo serwowane dania prezentowały się równie różnorodnie co zagraniczny lineup: od frytek belgijskich, przez kalmary i krewetki, po makarony włoskie. Pełen wybór atrakcji podniebienia mieli festiwalowicze zależnie od upodobań, poza karkówkami, kiełbasami i burgerami, pojeść mogli ci, którzy chętniej zwierzątka oglądają w bardziej naturalnym entourage’u aniżeli zastawa stołowa. W tym miejscu serdeczne pozdrowienia dla pana od zapychanek, które smakowały, chrupały, syciły długością solidnie i jeszcze miały atrakcje w formie pikantnych sosików.

Poza strefą gastro, do której w tym roku zawitała przyjemna różnorodność chmielowych napojów łącznie z czeskimi trunkami (Litovel i Holba szczególnie ta ciemna) -  teren festiwalu to również wielki market z tym co prawdziwemu festiwalowiczowi do życia niezbędne. Nie zabrakło już tradycyjnego kiermaszu rozmaitości, od stringów dla TRV metalucha, przez banalne już całkiem płyty, naszywki i koszulki, po biżuterię wszelaką.

Była Plenerowa Galeria Sztuki SDL ciekawych prac grupy studentów łódzkiego ASP oraz inicjatywa nad którą moje zachwyty polały się obficie już rok temu - mianowicie namiot, w którym były realizowane badania w ramach Ogólnopolskiego Programu Badań Przesiewowych „Test na HCV – prosty krok do zdrowia”. W tym roku festiwalową publikę dziabała po palcach ekipa z mojego rodzinnego miasta, a przypomnę tylko (skrzywienie zawodowe sorry) 70% nosicieli wirusa zapalenia wątroby typu C jest nieświadomych zakażenia, będąc zagrożeniem dla rodziny i postronnych, czy to u stomatologa, tatuatora, czy kosmetyczki oszczędzających na sterylizacji i jednorazowym sprzęcie. Obecnie można się tego cholerstwa skutecznie pozbyć leczeniem zanim z wątroby zrobi człowiekowi siekany whiskas i pośle do piachu.

Uprzedzam przed dalszą częścią tekstu – krytyk muzyczny ze mnie żaden, subiektywny wybitnie, ja z tych co bardziej patrzą, niż wysłuchują wszelkich grzebieni, pogłosów i innych cudów, które dźwiękom na żywo się przytrafiają. Co do sceny – nadal świetna scenografia, ogromny telebim w tle, pełniący jednocześnie funkcję informacyjną, oraz niezmienny szczęśliwie i tak już swojsko brzmiący głos Remigiusza 'Remo' Mielczarka z typowym profesjonalizmem prowadzącego festiwal od otwarcia, po pożegnanie.

Piątkowy zestaw atrakcji to doomowy Tankograd ze Stolicy, w ciekawych wdziankach na scenie i nawet sporo jak na pierwszy koncert publiczności – otwieracz uniknął szczęśliwie grania do polbruku przed barierkami. Kolejno nowy projekt Titiego z Acidów - House of Death, z ekipą zwykle występującą w barwach Anti Tank Nun uzupełnioną o wokale zwycięzcy czwartej edycji "The Voice of Poland" Juana Carlosa Cano.  Następnie klimatycznie pobujała publiką wrocławska Entropia, ostry wpier…dziel spuściła dynamiczna jak zawsze Materia i rozkosznie radosny thrash wbił w uszęta licznej gawiedzi zgromadzonej pod sceną Onslaught. Młyneczki, uśmiechnięty Sy Keeler i nastroje podniesione wydatnie. 

Potem zrobiło się nieco poważniej, zapadła ciemność nad Aleksandrowem i na scenie, a publiką miotał pod deathmetalowy łomot Aborted, Paradise Lost który to do cięższych brzmień wrócił, oraz finałowo Blindead, na który to koncert czekało sporo zdeklarowanych fanów.

Sobotnie granie otworzył Wostok z Lublina z mieszanką hc i thrashu, dalej na pobudzenie już o 14 Shodan z Wrocławia i death metal w dynamicznym wydaniu. Minimalne wyciszenie stonerowymi dźwiękami przy Red Scalp z Poznania i Major Kong z Lublina. Katowice reprezentował zacnie Voidhanger i niewiele brakowało a byłby to pierwszy w historii akustyczny koncert w klimatach black/death metalowych – ale nagłośnienie się naprawiło i wszystko brzmiało jak zawsze i bdb. Imperator miał za to start unplugged oświetleniowo – szybko powtykano kabelki gdzie trzeba i pięknie łodzianie zamietli publiką pod sceną w pełnym blasku, bo na scenie ekipa uroczo się prezentuje.

Kolejny LUCIFER to już niesamowita i charyzmatyczna Johanna Sadonis, maślany wzrok męskiej części publiczności i solidny deszcz na magicznym graniu klimatycznie cofającym słuchaczy w muzycznym czasie do lat 70-siątych – pierwsze takie moczenie SDL-owej publiki od kilku lat. Nadmienić wypada, że na M&G kolejka do ekipy Lucifera była spora i fani dokonywali karkołomnych sztuk z włażeniem na stół dla fotki z Johanną. 

Na Tribulation niebo dało sobie spokój z olewanie sporego tłumu pod sceną i Szwedów można było w nieco mniej wilgotnych warunkach posłuchać. Posłuchać i obejrzeć, szczególnie dzikie tańce Jonathana Hulténa pląsającego zwinnie po całej scenie. Potężne dźwięki przez ponad półtorej godziny serwował Tom Gabriel Warrior z Vanją Slajh. Dla wielu Triptykon to niekwestionowana gwiazda drugiego dnia festiwalu, chociaż w przypadku SDL eklektyzm line-upu, różnorodność i gustów i słuchaczy mogą skutkować tym, że zdania są wybitnie podzielone. Nastrojowe zamknięcie drugiego dnia zapewnił warszawski ROSK.

Niedzielę koncertową rozpoczął Dante czyli głos Lucasa z Antigamy, na garach Daray i jak sami deklarują - dark hardcore opera. Wrocławski The Dog to już dynamiczny HC, natomiast  łódzki Tenebris zmienił nastrój na progresywne łagodniejsze dźwięki. Efektownie i sympatycznie wypadł szwedzki death w wykonaniu LIK. Kolejna zmiana klimatu na leniwy stoned doom wyczarował Belzebong. I kolejna kumulacja gwiazd zbierających 100% frekwencji pod sceną. Holenderski GOLD oblegany był już fanów wcześniej rozdając autografy i lepiej nie dochodzić na ile obecność Mileny Evy przełożyła się na ilość pstrykanych fotek. Nastrojowo było bardzo, bo GOLD gatunkowo nijak zaszufladkować się nie pozwoli, od post-black metalu do brzmień post-punkowych. Duet Eva – Sciarone miał godzinę na czarowanie fanów swoją muzyką.

Mocny i dynamiczny finał niedzielnego grania to wąsy, opony, fortepian i pałker Sabatonów - Robban Bäck czyli dziki rock’n’roll w wykonaniu szwedzkiego Mustasch i efektownego frontmana bandu Ralfa Gyllenhammara. Wreszcie skład, który ceni sobie atencję mediów, rewelacja sceniczna dla fotografujących. Wesołe kicaki i grupowe zabawy były tym intensywniejsze, że chłodek powoli obejmował teren MOSiR-u.

Zamknięcie ostatniego dnia festiwalu - ergo całego festiwalu nastąpił potężnie z ponownym udziałem pana Nicka Holmesa – tym razem w Bloodbath. Szwedzki death miotał fanami ponad godzinę, a że ostatni dzień festiwalu wyciszał się już około godziny 23:00 publika miała jeszcze dość energii, żeby żywiołowo reagować, mimo przerzedzenia rzeczonej – niektórzy wracali powoli do własnych już łóżek, znajdujących się często i kilkaset kilometrów od Aleksandrowa.

Szanowni panowie świetlikowie – prośba ogromna z mojej strony: spakujcie za rok lampy frontowe jadąc do Aleksandrowa, bo już drugi rok z rzędu niesamowitość i profesjonalizm czarowania światłem na aleksandrowskiej scenie – którym od początku imprezy dziko się zachwycam - nieco przyblakł. O ile początkowo mroczenie facjat muzyków zrzuciłam na konwencję poszczególnych kapel czy chęć budowania mrocznego klimatu – to po koncertach GOLD, Lucifer i Mustasch wiem, że zwyczajny brak dopalenia frontów powodował oślepianie publiki światłem zadnim – z tyłu sceny, zamiast pokazywania gwiazd chętnie nawiązujących interakcje z tłumem. Światłem na zdjęciach proszę się nadto nie sugerować – od tego mam suwaczki w postprodukcji i parę niecenzuralnych słów rzuconych w ekran podczas dokonywania wspomnianej.

Jeszcze pozdrowienia dla cierpliwej niemożliwie ochrony, która po całym dniu pilnowania wyluzowanej gawiedzi, jeszcze w godzinach nocnych wykazywała dość żywe poczucie humoru – kiedy to człowiek ze zmęczenia rozważał przemieszczanie się w pozycji czterokończynowej.

Jeżeli komu mało opisów samych koncertów – polecam internety  - z wydarzenia jest mnóstwo stricte muzycznych relacji, pisanych przez osoby mające znaczniej bardziej wysublimowany słuch, subtelniejszy gust, perfekcyjne osłuchanie z tematem, a i doświadczenie w pisaniu takich relacji znacznie większe.

Podsumowując ukłony moje uniżone i podziękowania dla pana Tomasza Barszcza z ekipą Wydziału Promocji i Współpracy z Zagranicą oraz burmistrza Jacka Lipińskiego niezmiennie sprzyjającego imprezie za stworzenie festiwalu międzynarodowej klasy na naszej polskiej ziemi.

Dziękuję za możliwość i przywilej kolejny już raz fotografowania koncertów na moim ulubionym polskim festiwalu i przy okazji pozdrowienia serdeczne dla fosiarskiej ekipy – sporo nas było, za to współpraca pod sceną bezkolizyjnie i w pełnej zgodzie. Nadmienię cichutko – że nigdy nie zdarzyło mi się na żadnym festiwalu używać lampy błyskowej.





















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz