To już moja 11 edycja festiwalu Summer Dying Loud zaliczona osobiście, znaczy statystykę mam niezłą, bo przegapiłam co prawda 5 pierwszych lat, ale za to z pozostałych edycji galerie festiwalowe mam wszystkie, każdy jeden zaproszony przez organizatorów zespół jest na fotkach.
O wczesniejszych edycjach można sobie poczytać tu: 2024, 2023, 2022, 2021, 2019, 2018, 2017, 2016 i pooglądać tu 2015, 2014
Fotki z tegorocznej edycji są podpięte pod festiwalowy rozkład jazdy (nieco niżej we wpisie), żeby było łatwiej znaleźć obrazki z koncertu konkretnej kapeli. Rutynowo też staram się docenić zdjęciami tych fanów, którzy twardo okupują barierki niezależnie od pogody, pory dnia czy zmęczenia. Więc jeżeli ktoś kojarzy, że miotał barierką podczas konkretnego koncertu - może siebie na zdjęciach poszukać.
Od samego początku MOSiR "Olimpijczyk" im. Włodzimierza Smolarka w Aleksandrowie Łódzkim użycza niezmiennie swojego terenu festiwalowi, fundując stałą stabilną scenę główną i scenę Krypty po dachem - docenianą szczególnie w deszczowe czy zimniejsze dni oraz wygodne elementy infrastruktury jak bardzo doceniane trybuny dla geriatrii metalowej, parkingi, oświetlenie ścieżek prowadzących do Krypty, czy toików, pole namiotowe przyjemnie zacienione laskiem, dającym dłużej pospać w ciepłe dni.
Summer Dying Loud obok muzyki ma wyjątkowy klimat stanowiący unikalne połączenie rodzinnej atmosfery z międzynarodowym poziomem artystycznym. Festiwal, organizowany jest w samym środku kraju, co daje uczestnikom łatwy dojazd z całej Polski i bazę fanów, którzy festiwal odwiedzają niezależnie od lineupu - ceniąc sobie spotkania ze znajomymi z całej polski i świetną zabawę. O tym co i jak grało relacji będzie mnóstwo, opinii o tym co jak grało - tyle ile uszów, gustów i sentymentów odbierających obiektywizm, więc sobie pozostawię opisanie festiwalu jako wydarzenia.
Summer Dying Loud uczciło odejście legendy metalu, Księcia Ciemności Ozzego Osbourne’a wypełniając ciszę pomiędzy koncertami sceny głównej muzyką Ozzyego i Black Sabbath.
Dobra wiadomość jest taka, że grono patronów festiwalu rośnie, obok nieocenionego wieloletniego wsparcia burmistrza Aleksandrowa Łódzkiego Jacka Lipińskiego, znalazły się Starosta Zgierski - Iwona Dąbek oraz Joanna Skrzydlewska - Marszałek Województwa Łódzkiego.
Codziennie też wszystkich witał głos Remo Mielczarka, od lat głos sceny SDL ale i ostatnio ożywionej mocno aktywności Sacriversum. Pobudki zapowiadające pierwsze koncerty w wykonaniu Remo charakteryzowała ogromna serdeczność względem sponiewieranych dniem poprzednim „Witajcie skacowana bando pijaków”. Dzięki Remo na bieżąco leciały ze sceny wszelkie informacje, od tych przyziemnych, kto, co, gdzie zgubił, po te istotniejsze o spotkaniach z zespołami i informacje organizacyjne. W tym roku katastrof linupowych nie było, nikt nie wypadł na ostatnią chwilę, chociaż Piranha Music monitorowała sytuację naocznie.
Wydawać by się mogło, że po 16 latach festiwalu zmieniać się mogą jedynie nazwy w linupie, ale w przypadku SDL to tak nie działa. Festiwal cały czas ewoluuje i ulepsza to co ulepszenia wymaga - szczególnie jeżeli chodzi o komfort i wygodę uczestników. Rzadko się zdarza żeby z taką uwagą organizator słuchał marudzenia gawiedzi i robił wszystko, żeby im milej się odbierało festiwal.
Mając na uwadze zeszłoroczną stricte letnią, suchą i upalną aurę, w tym roku organizator ulepszył nieco rozplanowanie atrakcji na terenie.
Na ilu festiwalach przed metaluchami rozkłada się dywany przykładowo? Nie czerwone, ale przyjemnie zielone w wejściu bezpośrednim na teren ze sceną. Trawka deptana namiętnie w te i nazad zwykle wynosi się gdzieś indziej, nie wytrzymując presji i w najbardziej uczęszczanych miejscach powstaje sypiąca kurzem i piachem na wszystko i wszystkich pustynia.
Żeby efekt pylenia skutecznie ograniczyć pojawiła się zielona murawa i tym samym zarówno strefa gastronomiczna jak i handlowa nie ginęły pod warstwą kurzu. Stoiska handlowe też nieco zmieniły lokalizację, na wcześniejsze pole dla camperów, co niewątpliwie podniosło komfort zawieranych transakcji, bez przekrzykiwania grającej sceny, polewania wodą pylącego piachu czy odkurzania asortymentu. Nikt nie sądził, że pylenie nie będzie tak dokuczliwe na tej konkretnej edycji, gdzie w sobotni lineup bezczelnie wkleił się deszcz i to na cały dzień mocząc mniej lub bardziej ożywioną zawartość terenu.
Po staremu na lewo od sceny był najbardziej oblegany namiot festiwalowy z merchem SDL - błyskawicznie znikającym nadmieńmy. Ktokolwiek dobił na teren festiwalu - pierwsze kroki kierował tradycyjnie właśnie tam. Niemal pełna festiwalowa garderoba: koszulki, czapki, opaski, bluzy, skarpetki, torby, kubki oraz cała reszta festiwalowych souvenirów w świetnej jakości. Namiot tradycyjnie był też miejscem spotkań kapel z fanami.
W tym roku na spotkanie z fanami zdecydowało się sporo formacji. Fotka, autograf, przybicie piątki - co komu pasowało było wliczone w atrakcje festiwalowe, wystarczyło uważnie śledzić fanpage festiwalu, skrupulatnie aktualizowaną analogową "tablicę ogłoszeń" oraz odstać swoje w ogonku, czasami dość długim - bo też chętnych sporo. SDLowe „signin sessions” są już tradycją i miłym ukłonem organizatorów w stronę festiwalowiczów, szczególnie tych kolekcjonujących dyskografie podsuwane pod pisaki muzyków.
Na bezpośrednie spotkania zdecydowały się ekipy Grave, Orange Goblin, Samael, Venom z których fotki są w galeriach zespołów oraz Cave In, Esoteric - których na fotkach nie ma - bo mimo najszczerszych chęci nie da się być w dwóch miejscach na raz.
Na powitanie, na samej bramce można było wymienić bilety
elektroniczne na gustowne kolekcjonerskie, oraz dzięki uprzejmości organizatora
nieodpłatnie korzystać z depozytu, co się świetnie sprawdza w przypadku
większych zakupów na terenie festiwalowym.
Były oczywiście prowadzone przez Remo Mielczarka konkursy Krwawej
Bestii gdzie za radosne i efektowne ślizgi w niekompletnej garderobie w rynnie
z folii można było zgarnąć festiwalowe souveniry totalnie za free. Konkursy
ruszały idealnie w tym czasie co scena Krypty – czyli o godzinie 15:00 i tu już człowiek musiał określać priorytety –
tym bardziej, że zestaw Kryptowych gwiazd był solidny i potężny, o czym
najlepiej świadczyły kolejki chętnych, żeby się dostać do klimatyzowanego
pomieszczenia. Po staremu byczek czekał na człowieków spragnionych
sponiewierania, chętnych na dzikie rodeo pod tytułem „miota nim jak szatan”.
Płatności w namiocie z merchem i strefie gastro można było
realizować gotówkowo i bezgotówkowo. Pozostałe festiwalowe transakcje na
stoiskach wystawców, artystów, tatuażystów to już była kwestia ustalana przez
właścicieli.
Pole namiotowe oferowało od rana oprócz cienia lasku w
którym się znajduje, do południa warnik z gorącą wodą oraz kawę i herbatę,
punkt ładowania telefonów, bezpłatne prysznice dostępne w godzinach od 21:00 do
12:00 dnia następnego oraz opcję płatną pryszniców i toalet w godzinach 8:00 -
02:00. „Szajs aleja” znacznej długości z umywalkami znajduje się niedaleko
parkingu, przed bannerem „samojebkowym” cieszącym się ogromnym zainteresowaniem
i efektowną bramą prowadzącą pod scenę i w zdrowej odległości od strefy gastro.
Co do strefy gastronomicznej - różnorodność kulinarna nadal
jest imponująca, z uwzględnieniem gustów tych, którzy subtelniej traktują zwierzątka
- bez użycia sprzętu kuchennego. Walenty Kania "Kuchnia dla
odważnych" nadal serwował dość oryginalne sposoby przetwarzania anatomii
zwierzęcej, Szaszłykarnia zbierała komplementy konsumentów, na słodko można
było wtrząchnąć churrosy, a obok tego już przewidywalnie burgery, greckie pity,
frytki, zapiekanki, chleb ze smalcem i pizzę. Najbardziej oblegana była wersja
domowych obiadków z klasykami kuchni polskiej w linupie - bigos jako headliner
i dalej: grochówka z kiełbasą, zupa gulaszowa, gulasz z ziemniakami i duszone
karkówka i schab.
Co do nawodnienia, ponownie na festiwalu gościł browar Wąsosz, z którego bezalkoholowym piwem próbowałam się ponownie zaprzyjaźnić - niestety, ponownie nie przypadliśmy sobie do gustu -wybijała się w nim nuta nostalgii za wszystkimi innymi piwami, które kiedykolwiek spotkałam. Podbiję sadystycznie ciśnienie tym, którzy od niedawna wizytują SDL wspominając rok 2019 i rozkoszną różnorodność napojów chmielowych browarów Litovel i Holba. Na temat piw zawierających jakiekolwiek procenty się nie wypowiadam z braku doświadczeń osobistych i dyplomatycznie bardzo. Piwo festiwalowe warzone dla SDL przez Wąsosz "FestiwaLove" wystąpiło w dwóch opisanych poetycznie odsłonach: klasyczny lager z delikatną nutą słodyczy i Porter Bałtycki, w którego zapachu dominuje gorzka czekolada z lekką nutą kawy i rodzynek.
Atrakcje „dla ciała” już opisane, teraz przechodzimy do
atrakcji tych mniej przyziemnych, czyli „dla ducha” bo SDL obok serwowania
muzyki na najwyższym światowym poziomie, zwykle obfituje w wydarzenia
okołofestiwalowe.
Festiwal działa wspólnie z Aleksandrowskim Forum Społecznym
na rzecz Funduszu Stypendialnego Summer Dying Loud - fundując wsparcie finansowe dla uzdolnionych
artystycznie dzieciaków z terenu gminy Aleksandrów Łódzki. Już 200 dzieciaków
otrzymało takie wsparcie, w tym roku po raz czwarty można było dołożyć się do akcji - wrzucając
grosz do puszki lub kupując festiwalowy kubek kolekcjonerski. Było również
stoisko zbierające kasę dla walczącej Ukrainy.
Dla wielbicieli dekorowania skóry były atrakcje również.
Artyści igły i farby na tegorocznej edycji to: Mara (Mar.A Artworks), Adel z
Trójmiasta oraz Szymon "Saper" Maliszewski z Częstochowy.
W hali namiotowej niedaleko wejścia do Krypty rządziła sztuka wystawiana pod nadzorem Natali Nowackiej - Extinct Sacrif. Do nabycia były dostępne między innymi: printy, kubeczki, magnesy, zakładki do książek, naklejki, broszki, koszulki, biżuteria i ozdoby z kości i poroża. Swoje prace zaprezentowali:
Maciej Kamuda - twórca grafiki tegorocznej edycji SDL oraz
wcześniejszych plakatów od 2023 roku, który pracował dla wielu zespołów z
Polski i świata (Blut Aus Nord, Mayhem, Darkened Nocturn Slaughtercult,
Brutally Deceased, Aborted, Coffins, Capilla Ardiente, Ershetu, Stillborn,
Kingdom, Embrional, Arkona) oraz wytwórni, m.in. Godz Ov War, Debemur Morti,
Peaceville, Relapse Records, Osmose Productions. Tworzy okładki i ilustracje do
książek, współpracuje z markami odzieżowymi
Irmina Barkowska - absolwentka Politechniki Łódzkiej autorka
grafik, która współpracowała z instytucjami takimi jak: Stara Drukarnia oraz
festiwal Ravekjavík;
Afterlife Workshop - kolektyw artystyczny w składzie Extinct
Sacrif, Heksja oraz Norge, który tworzy instalacje i dzieła sztuki z kości, szczątków
oraz naturalnych materiałów, czerpiąc bezpośrednio z darów natury;
Paweł Kuranda - absolwent ASP w Krakowie. Specjalizuje się w
grafice, ilustracji artystycznej, malarstwie, projektowaniu okładek płyt
muzycznych, plakatów, logotypów i concept artów, ma na koncie liczne realizacje
projektów graficznych, okładek płyt oraz ilustracji do książek dla największych
wydawnictw w Polsce, takich jak Znak, Burda, Czerwone i Czarne, Muza, Aksjomat
oraz magazynów muzycznych, takich jak Noise Magazine oraz Teraz Rock.
Marta “Martwa” Stawska - artystka z Warszawy zajmująca się
projektowaniem graficznym, fotografią i rysunkiem. Ukończyła Wydział Grafiki na
ASP w Warszawie.
Emilia Śpiewak - łódzka graficzka, absolwentka ASP w Łodzi
prezentująca połączenie rysunku, malarstwa i grafiki.
Karolina Mochniej -
“Arts from cards” ilustratorka z Krakowa, specjalizująca się w technice
rysunku cyfrowego. Współpracowała z polskimi zespołami metalowymi (Narbo Dacal,
Bionic Forms). Jej grafiki były publikowane jako ilustracje w niezależnych
magazynach literackich, były również częścią wystawy festiwalu NecronomiCon
2022 w USA.
Bartosz Zaskórski - zajmuje się głównie rysunkiem,
wymyślaniem dziwnych rzeczy i muzyką elektroniczną. Od kilku lat współpracuje z
włoskim wydawnictwem komiksowym Hollow Press, w którym wydał trzy komiksy.
Tworzy okładki książek, ilustracje, okładki. Rysował dla zespołów: Alameda 5,
Gruzja, Szklane Oczy.
Kasia Jasmina - od 7 lat specjalizuje się w ilustracjach,
plakatach oraz różnego rodzaju grafikach głównie dla branży muzycznej oraz dla
wydawnictw książkowych.
Christophe Szpajdel - mistrz logotypów świata metalu. Znany
w środowisku metalowym od ponad 40 lat, praktykujący kaligrafię, typografię i
wykonujący przede wszystkim logotypy dla zespołów muzycznych z całego świata.
Jest autorem tak słynnych logotypów jak: Emperor, Enthroned, Impiety, Wolves in
the Throne Room. Jest również autorem 2 książek: Lord Of The Logos i Archaic
Modernism Artysta zdobył kilka nagród, w tym Top 60 Masters (ArtTour
International) a w tym roku uczestniczy w wydarzeniu Devon Open Studios w
Plymouth.
W tym roku Krypta produkcyjnie wygrała. Petarda oświetlenie
- świetnie i finezyjnie podbita dynamika dźwięków. Było pięknie no chyba że
zespół bardzo, ale to bardzo chciał ujowo… tfu! inaczej - tak obok
przytłoczenia dźwiękami, stylistyczne przytłoczenie mrokiem scenicznym życzyli
sobie Terrestial Hospice, Vacuous i Blod.
Pan świetlik Krypty znał się na robocie, ewidentnie i talent i chęci dopisały, nagłośnienie zwykle dobre, no i frekwencja na 100% - ale to akurat jest już coroczną tradycją. Pamiętać należy, że decyzje na której scenie wystąpić podejmują też sami artyści, wybierając koncerty nieco bardziej kameralne. Debiut Krypty miał miejsce w 2022 roku, kiedy to atmosfera dosłownie była piekielna z racji temperatur. Od tamtej pory dzięki wielkiej empatii organizatora scena pod dachem zyskała klimatyzację, więcej oświetlenia i miejsca na scenie, oraz popularność, która bywa przytłaczająca przestrzennie. Żeby zapewnić artystom komfort ustawienia się na scenie, nieco wychłodzić pomieszczenie zapieprzającą klimatyzacją, po każdym jednym koncercie był całkowity wyjazd publiki i ponowne zaproszenie na kolejny występ. Gorliwi kolejkowicze zdążyli się zaprzyjaźnić mocno z sympatyczną ochroną pilnującą drzwi.
Lineup SDL charakteryzuje eklektyzm gatunkowy - jednakże
jest to eklektyzm wysublimowany, bez przypadków. Już pierwsze ogłoszenia
headlinerów wywoływały ekscytację, a kolejne ogłaszane występy były wyjątkowe
coraz bardziej. Pierwsza informacja wywalająca z kapci to legendarny SAMAEL i
„Ceremony of Opposites” w całości w secie, oraz GRAVE w oryginalnym składzie z
1991 roku i wyjątkowym old-schoolowym secie z pierwszych płyt. Potem już było
tylko ciekawiej.
Kultowa stoner / doom metalowa ekipa z Wielkiej Brytanii
ORANGE GOBLIN po 30 latach postanowili zakończyć działalność koncertową i
wydawniczą, a Summer Dying Loud 2025 był ostatnią okazją żeby zobaczyć,
usłyszeć i podziękować im za 30 lat muzyki. Tym większa radość fanów, że zespół
zgodził się na spotkanie z fanami na festiwalu i cały skład w dobrych humorach
cierpliwie podpisywał wydawnictwa, zbijał piątki i aż trudno było uwierzyć, że
chcą tak docenianą działalność zakończyć.
Australijski PORTAL w Europie pojawił się pierwszy raz od
2019 i pierwszy raz w Polsce i to w towarzystwie IMPETUOUS RITUAL. Te dwa
australijskie składy, pomimo iż dzielą sekcję rytmiczną, nie grały wspólnie
trasy od 2015 roku.
TAAKE - norweski black metal z potężną trylogią "Nattestid”, “Bjoergvin”
oraz “Doedskvad" który to album, z uwagi na jubileusz 20-lecia wydania,
zespół wykonał podczas Summer Dying Loud w całości. ESOTERIC - funeral death -
doom w najlepszym brytyjskim wydaniu odwiedzili Polskę po 10 latach, od ponad
30 lat kreują ramy gatunkowe, powrócili z zapowiedziami ósmego albumu grupy. Na
tegorocznej edycji Summer Dying Loud miał miejsce pierwszy koncert CAVE IN w
Polsce.
Brytyjska legenda death
grindu i melodyjnych odmian death metalu CARCASS, podbił stawkę, tego samego
dnia dzieląc scenę z grindcore’owym potworem - TERRORIZER. CANCER Johna Walkera
na festiwal przywieźli świeżynkę “Inverted World”, jednocześnie obchodząc
35-lecie wydania kultowego debiutu “To The Gory End”. I na deser legendarny
Cronos i VENOM.
Jak zwykle w Aleksandrowie plotki o donośnym zgonie lata
były mocno przesadzone, przynajmniej przez dwa pierwsze dni festiwalowania. O
ile na SDL zwykle bywał upał z rodzaju tych, co nie tyle grzeją, co mają do
ciebie osobisty problem, to tegoroczna aura nie grillowała tak zawzięcie
publiki. Wieczorki bywały chłodniejsze, szczególnie jeżeli podawane na finał
kapele nieco mrocznych i mrożących klimatów serwowały.
Otwieraczem festiwalu był Yardburn - “Wściekły muzyczny
kurnik w pełnym galopie” a dalej przez 51 koncertów na obu scenach i piękne
trzy dni grania było już tylko ciekawiej.
.Czwartkowe koncerty wypadły pięknie, i wizualnie i
dźwiękowo. Od występu The Night Eternal z niezwykle żywiołowym heavy i Ricardo
Baumem na froncie kiedy już słoneczko przestało zawzięcie opalać pierwsze
rzędy, skupiając się na tych tylnych, frekwencja była już tylko lepsza. Kolejno
scenę przejął Cancer i tu na barierce pojawiła się pierwsza fanowska flaga DIY,
kolejno sporo zasłuchanych człowieków śledziło uważnie pierwszy w Polsce
koncert Cave In z doskonałą produkcją wizualną. Death metal/grindcore w
wykonaniu Terrorizer z panami Sandovalem i Vincetem miotał publiką zawzięcie
przez godzinę, równie intensywnie co pan Brian Werner truchłem dekorującym
statyw mikrofonu.
Carcass z właściwą sobie elegancją, urokiem osobistym i
metodycznością zaprezentował się scenicznie tak jak headliner powinien -
dźwiękowo i oświetleniowo. Dla fotografa - złoto w najczystszej postaci.
Carcass stoi nad publiką, jak nad stołem sekcyjnym, poprawia rękawiczki i mówi:
„Spokojnie, to będzie interesujące” przy akompaniamencie gitar tnących tak
precyzyjnie i fachowo jakby miały wykształcenie medyczne.
Tym mroczniej po sekcjach i patomorfologii wypadł norweski
blackmetal marki TAAKE, czyli mgły od „tåke". Faktycznie mgła była, bo się
gościowi od nastrojowego przydymiania kurek odkręcił, z jednoczesną osobistą awersją do włączania frontów u świetlika. Owszem, zgromadzony pod SDLową sceną tłum może twierdzić
że słyszał TAKKE na żywo, natomiast stwierdzenie, że się TAAKE widziało to już
galopujący poza granice przyzwoitości optymizm - taka stylistyka i klimat.
Piątkowy blok headlinerski i wieczorek festiwalowy, kiedy słoneczko już schowało się za sceną otworzył GOTT z głosem Faridy "The Mouth of Satan" Lemouchi. Kolejno pięknie podany został Orange Goblin i wokal Bena Warda — głos, który prawdopodobnie potrafiłby zamówić herbatę w taki sposób, że wyglądałoby to jak groźba karalna. Patrząc na zachowanie ekipy, interakcje na scenie, ewidentnie świetnie bawiących się gości, aż trudno uwierzyć, że strzeliło im do głów takie coś jak zawieszenie (nutka nadziei się ciągnie) zakończenie działalności. Człowiek słuchał jednego numeru gigantów stoner/doom metalu i nagle miał ochotę wyruszyć na wyprawę, choćby tylko do monopolowego przed zamknięciem. przez pustkowia, kurz, ogień, stare motocykle, czarne niebo i poczucie, że gdzieś za następnym wzgórzem czeka albo epicka przygoda, albo bardzo kiepska knajpa.
Kolejno publiką miotał wedle własnego uznania Grave, który
brzmi równie rozkosznie co ciężka, wilgotna ziemia, która z jakiegoś powodu
zaczyna się poruszać. Death metal w najbardziej bezpośredniej formie, nisko
strojone i ciężkie jak nagrobki gitary, perkusja pracuje jak dobrze naoliwiona
(choć raczej nie tym, czym powinna) maszyna, a wokal brzmi jak komunikat
wydobywający się z miejsca, gdzie komunikaty raczej nie są przewidziane. To
nieuniknioność — podana w formie dźwięku, Grave bierze łopatę, wskazuje na
ziemię i mówi: „tu się to wszystko kończy”. I robi to z imponującą
konsekwencją.
SAMAEL czyli szwajcarska ekipa która zdecydowała, że zamiast
produkować precyzyjne zegarki można konstruować soudtrack rytualnego końca
świata. Rzecz jasna, z typowo szwajcarską dokładnością, kurtuazyjnie w
wywiadach przyznając "robienie błędów to część życia". Ciężkie, zimne
i ponure granie, gitary cięły ostrymi
riffami, perkusja dudniła jak marsz armii potępionych, a wokal przypominał głos
człowieka, który zajrzał za zasłonę rzeczywistości i uznał, że zdecydowanie nie
podoba mu się wystrój. Muzyka Samael to coś w rodzaju bardzo dobrze
zorganizowanego stowarzyszenia mroku, z regulaminem, harmonogramem który
uwzględnia koniec świata z dwudniowym wyprzedzeniem.
Esoteric, powinien zaczynać od ostrzeżenia. Takiego
uprzejmego ostrzeżenia, które brzmi: „to potrwa dłużej, niż się spodziewasz…”.
Esoteric nie gra muzyki w zwykłym sensie. Oni raczej rozciągają czas, aż
zaczyna skrzypieć na krawędziach. Funeral doom w ich wydaniu jest tak powolny,
że można odnieść wrażenie, iż dźwięki mają czas, żeby się nad sobą zastanowić,
zanim dotrą do słuchacza, a każdy akord brzmi jak coś nieuniknionego i absolutnie
pewnego jak bezsens istnienia oraz stany depresyjne.
Koncert Aura Noir można określić jako chaos, który świetnie się bawi rzucając radośnie „kurwa” i „na zdrowie”. Ich muzyka nie pełznie ani nie planuje - ona pędzi. Venom brzmi jak coś, co ciemność zbudowało, nazwało i sprzedało bilety na zwiedzanie, to nie tyle chaos, co chaos z ambicjami. Portal - ktoś przypadkiem otworzył drzwi, których bardzo, bardzo nie powinien był otwierać — a potem zamiast je zamknąć, stoi i gapi się co tam czai się w ciemności, którą po sobie zostawił Venom. Krótko: jeśli Portal to drzwi do czegoś nieznanego, Venom to ktoś, kto te drzwi kopnął, krzyknął „chodźcie za mną!”… i nawet nie sprawdził, czy po drugiej stronie jest podłoga.
Jeżeli Aura Noir galopuje przez zakazane miejsca z krzykiem,
to Cult of Luna stoi na ich skraju, patrzy w ciemność i nie otwiera żadnych
fascynujących drzwi, raczej stoi bardzo długo i natarczywie za drzwiami, aż w końcu
ktoś dochodzi do wniosku, że może jednak warto sprawdzić, co tam jest. I to
właśnie wtedy zaczyna się problem. W sumie stali nawet dosłownie - tak ponad 20
minut strojąc się na wszelkie możliwe sposoby. W przeciwieństwie do zespołów,
które celebrują chaos albo brutalność, Cult of Luna celebruje ciężar — nie
tylko dźwięku, ale i myśli. To muzyka, która nie tyle straszy, co przypomina,
że istnieją rzeczy większe od nas, starsze od nas i kompletnie
niezainteresowane tym, czy czujemy się z nimi komfortowo.
Apki pogodowe straszyły co prawda oberwaniem chmury w
piątek, na straszeniu i zmoczeniu publiki podczas koncertu Gravekult się
szczęśliwie skończyło. Natomiast sobota nastrojowo wypadła już przygnębiająco,
deszczyk od pierwszego występu, chmury i buro. Szarości i ogólne przygnębienie
korespondowały trafnie z dźwiękami dominującymi na dużej scenie, szczególnie
wieczorem, niestety wizualnie również scena wypadła dość podobnie.
Czy to wytyczne formacji, czy też świetlik zapadł się w
sobie ze zmęczenia, czy też wskutek przygnębiającej aury (czwartek i piętek było całkiem ładnie na scenie) – świecone było
cokolwiek płasko, bez finezji, bez frontów – rozczarowujące jeżeli ktoś akurat
miałby chęć twierdzić że widział którykolwiek z sobotnich wieczornych składów
na żywo.
Żeby dobić klimat, w kłębach dymu godnych pożaru w fabryce opon
dominował monochrom, albo czerwono, albo nieznośnie rószoffo albo wymiatający
niuanse scenografii i kostiumów niebieski, bez żadnej kontry. Tym samym rogata
galanteria Portal nie miała szansy być w pełni doceniona. Chwilami ludzie pod
sceną oglądali mniej niż na koncercie radiowym, w wilgoci dym nie raczył się
rozejść, scena znikała, muzycy znikali, tak jak godność świetlika. Dla człowieka
uczepionego sprzętu fotografującego sobota mogła skutkować załamaniem nerwowym.
Na deszcz padający w ciągu dnia z różnym nasileniem tłum
reagował w sposób, który można by określić jako zbiorowe porozumienie w sprawie
ignorowania warunków na zasadzie „jeżeli dostanę zapalenia płuc, to z godnością”.
Ktoś pozwalając sobie zauważyć deszcz, pierwszy rozłożył parasol, co
natychmiast zostało uznane za akt społecznej zdrady, ponieważ zasłaniał widok innym
- samemu solidarnie nie moknąc. Mimo wszystko publiczność nie odpuszczała,
otulona przeciwdeszczowymi płaszczykami w dzikich kolorach będących herezją
estetyczną na festiwalu metalowym. Deszczyk trafił na wybitnie zawziętą wersję
zbiorowego uporu.
Kiedy Portal skończył czarować dźwiękiem nastąpił najgorszy możliwy moment każdego festiwalu - bolesny powrót do rzeczywistość z uświadomieniem sobie zmęczenia i odległości dzielącej delikwenta od łóżka.
Oficjalne outro szesnastej edycji miało miejsce chwilę
później - przy dźwiękach „Neverending story” Limahla, kiedy na scenie do
wspólnego zdjęcia pamiątkowego stanęła cała festiwalowa ekipa. Ekipa ciężko
pracująca na to, żeby kilka tysięcy ludzi złaknionych ciężkich dźwięków leniwie
i przyjemnie spędziło trzy wrześniowe dni w Aleksandrowie Łódzkim, zachowało
jak najlepsze wspomnienia i miało na co czekać i o czym myśleć przez cały rok
dreptania w nudnej rzeczywistości.
Ogromne podziękowania za ogrom pracy włożonej w festiwal,
pracy która trwa cały rok, stresu, wysiłku, nieprzespanych nocy dla każdej
jednej osoby, która SDL czyni tak zajebistym wydarzeniem, w szczególności dla
Tomasz Barszcza - żeby nie zabrakło mu sił i zdrowia na kolejne równie piękne
edycje. Do zobaczenia za rok…
Klik w nazwę kapeli kieruje do pełnej galerii.






































































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz